Przejdź do treści

Centralne pytanie dramatyczne

Diego Velázquez, Prządki / Las Hilanderas (ok. 1657) - kobiety przy kołowrotku snują nić
Diego Velázquez, Prządki (Las Hilanderas, ok. 1657, Muzeum Prado). Velázquez zmieścił na jednym płótnie i przędzenie, i to, co z niego wyjdzie. Warsztat tonie w półmroku, a jedyne mocne światło pada w głębi, na gotowy gobelin i damy, które przyszły go obejrzeć. Szprychy kołowrotka rozmyły się od obrotów. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-old-100-expired, PD-Art)
Odsłuchaj

*Wszystko, co dzieje się w Bogach Łukasza Palkowskiego, zmierza do jednego stołu operacyjnego. Awantury z ministerstwem i kolejne pogrzeby wiszą na pytaniu, czy Religa doprowadzi do udanego przeszczepu serca.*

To jest centralne pytanie dramatyczne. Jedno, rozstrzygalne słowem „tak” albo „nie”, postawione wcześnie i zostawione otwarte aż do kulminacji. Nie zdradza widzowi, co się wydarzy, tylko ustawia, czego ma chcieć. Obietnicą złożoną publiczności na starcie zajmuje się osobne hasło o scenie obowiązkowej, bo tam obietnica wskazuje konkretną scenę, a tutaj wyłącznie wynik.

Widz, który po prostu nie wie, co będzie dalej, bywa raczej zdezorientowany niż podminowany. Napięcie zaczyna się w chwili, gdy zależy mu na konkretnym rozstrzygnięciu i wie, którego wyniku sobie życzy. Dlatego pytanie musi być ostre i pojedyncze. Rozmyte „czy jakoś się ułoży” nie daje się śledzić, bo nie widać, co miałoby je zamknąć. Dobre pytanie da się powtórzyć z pamięci po wyjściu z kina.

Gatunek zwykle podsuwa gotowy kształt tej formuły. W filmie o skoku brzmi ona, czy skok się uda, a w dramacie sądowym, czy oskarżony wyjdzie wolny. Brzmi to banalnie i tak ma być, bo cała pomysłowość idzie w to, jak drogo przychodzi odpowiedź. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy autor uzna, że skoro pytanie jest oczywiste, to nie trzeba go w ogóle stawiać.

Największą robotę odwala ono w środku — tam, gdzie fabuły najczęściej się rozłażą. Każdą scenę można wtedy zmierzyć jedną miarą, bo albo przybliża bohatera do „tak”, albo popycha go w stronę „nie”. Sceny, które nie robią ani jednego, ani drugiego, rzucają się w oczy jak obce ciało. Kolejność zdarzeń przestaje być kwestią gustu.

Jedno pytanie znaczy jedno. Kilka postawionych naraz rozprasza uwagę, bo widz nie wie, który wynik ma śledzić. Prządki Velázqueza snują z kłębka jedną nić i trzymają ją naprężoną, bo puszczona plącze się z pozostałymi. Odpowiedź udzielona przed czasem działa podobnie, tyle że wtedy nić po prostu wiotczeje i reszta filmu leci bez ciśnienia.

Jonathan Demme w Milczeniu owiec trzyma tę nić wyjątkowo krótko. Od pierwszych scen wiadomo, że Clarice Starling ma znaleźć Buffalo Billa, a w połowie filmu porwana kobieta siedzi już w studni i czeka. Rozmowy z Lecterem, nauka w akademii i podchody z przełożonymi wiszą na tym samym pytaniu, a odpowiedź pada dopiero w ciemnej piwnicy.

Pytanie żyje wyłącznie wtedy, gdy obie odpowiedzi wyglądają na możliwe. Widz przez cały czas przeczuwa, że bohater ma szansę, ale musi też przez chwilę uwierzyć, że jej nie wykorzysta. Stąd bierze się zwyczaj odbierania mu w trzeciej ćwiartce wszystkiego, co zdążył zdobyć. Bez tej groźby zostaje formalność, którą się ogląda z uprzejmości.

Bywa też mylone z tematem i z pomysłem na film. Temat mówi, o czym opowieść jest naprawdę, pomysł streszcza sytuację wyjściową, a pytanie ustawia oczekiwanie i ma dokładnie dwa możliwe zakończenia. W serialu pracują zwykle dwa naraz: jedno zamyka się w odcinku, drugie ciągnie przez cały sezon i to ono każe włączyć następny. Pomylenie tych trzech rzeczy daje scenariusz z bogatym tematem i bez silnika.

Odpowiedź pada raz i nie da się jej cofnąć, więc warto ją trzymać na sam koniec. U Palkowskiego przeszczep udaje się w chwili, w której film nie ma już czym zwlekać, a wszystkie wcześniejsze porażki dopiero z tej perspektywy układają się w drogę.