Przejdź do treści

Złamanie czwartej ściany

Catharina van Hemessen, Autoportret przy sztaludze (1548) - malarka przy sztaludze odwraca wzrok ku widzowi, patrząc wprost na nas
Catharina van Hemessen, Autoportret przy sztaludze (1548, wersja Michaelis Collection). W lewej dłoni paleta, pęk pędzli i długa podpórka, prawa trzyma pędzel przy ledwie zaczętym portrecie. Obraz nie ukrywa, że ktoś go właśnie maluje, i przyznaje się do tego na tym samym płótnie, na które patrzymy. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-old, PD-Art)
Odsłuchaj

Bohater patrzy prosto w obiektyw i przez sekundę widz nie wie, czy to jeszcze scena. Ta sekunda jest całym paliwem chwytu. Czwarta ściana to brakująca ściana pokoju, przez którą zaglądamy do środka i której bohaterowie zwykle nie zauważają. Złamać ją znaczy pozwolić postaci przyznać, że jest oglądana.

Grecy robili to dwa i pół tysiąca lat przed wynalezieniem kina. W komedii Arystofanesa chór schodził z roli i przemawiał wprost do widowni w imieniu autora, a ta wstawka miała własną nazwę — parabazę. Teatr wypracował też kwestię na stronie, czyli zwierzenie słyszalne dla widza i niesłyszalne dla partnerów na scenie. Malarstwo znało ten ruch równie dobrze. Catharina van Hemessen na Autoportrecie przy sztaludze odrywa wzrok od płótna i patrzy prosto na nas, jakby zauważyła, że ktoś wszedł do pracowni.

Phoebe Waller-Bridge rozegrała to w Fleabag konsekwentniej niż ktokolwiek przed nią. Bohaterka zerka do kamery jak do znajomego, który akurat siedzi w pokoju, i mówi nam rzeczy, których nie powie nikomu wokół. Potem serial odbiera jej tę furtkę, bo jeden z bohaterów zauważa, że ona gdzieś na moment odpływa. Spojrzenie w kamerę przestaje być żartem i staje się raną.

Warto to odróżnić od komentarza z offu. Narrator z offu mówi spoza sceny i nie ma ciała, którym mógłby na nas spojrzeć. Złamanie ściany dzieje się w środku akcji, przy świadkach, którzy zwykle niczego nie zauważają. Off opowiada nam historię, a postać łamiąca ścianę przyłapuje nas na tym, że jej się przyglądamy. Obie techniki mogą stać w jednym filmie obok siebie, tylko robią co innego z dystansem.

Woody Allen traktuje w Annie Hall widza jak sąsiada z kolejki. Alvy przerywa kłótnię, odwraca się do nas i tłumaczy, o co naprawdę poszło, a raz wyciąga zza reklamowej tablicy Marshalla McLuhana, żeby ten uciszył nudziarza stojącego przed kinem. Żart działa, bo film od pierwszej sceny mówi wprost do kamery. Umowa z widzem została zawarta, zanim ktokolwiek zdążył się zdziwić.

Reguła powinna zostać ogłoszona wcześnie, najlepiej w pierwszych minutach. Świat, który przez półtorej godziny pilnował granicy, a potem raz ją przebija, wygląda na pomyłkę montażu. Widz przestaje wtedy wiedzieć, jakie obowiązują zasady, i zaczyna czytać opowieść jak zagadkę zamiast dać się jej prowadzić.

Kłopot zaczyna się, kiedy ściana pada dla samego efektu. Mrugnięcie bez treści wybija widza z opowieści i nie daje w zamian nic poza informacją, że autor jest sprytny. Po każdym takim wyskoku trzeba go od nowa wciągać do środka, a to trwa znacznie dłużej niż samo mrugnięcie. Wyłom powinien coś przynieść, choćby zwierzenie albo komentarz, którego nikt inny w tej scenie nie usłyszy.

Wojciech Marczewski poszedł w Ucieczce z kina Wolność najdalej, jak się dało. Bohaterowie uwięzieni na ekranie buntują się przeciw swoim rolom i zaczynają rozmawiać z widownią, a cenzor siedzący na sali musi im odpowiadać. Przebicie granicy nie jest tam ozdobą ani żartem, tylko całą konstrukcją filmu o państwie, które udaje, że nikt niczego nie widzi.

Ściana wytrzymuje wszystko poza przypadkowością. Widz wybacza każdą śmiałość, jeśli po drodze widać, że ktoś ją zaplanował. Kiedy postać zwraca się do niego, żeby coś wyznać, skomentować albo zranić, granica pracuje na opowieść. Kiedy robi to dla poklasku, opowieść zostaje sama po drugiej stronie kamery.