Przejdź do treści

Fałszywy trop: czerwony śledź, który nie powinien śmierdzieć

Wędzony śledź (kipper) — dosłowny czerwony śledź, od którego wzięła się metafora red herring
Wędzony śledź (kipper) — dosłowny red herring, od którego wzięła się metafora fałszywego tropu. Fot. Gaius Cornelius, Wikimedia Commons. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain
Odsłuchaj

Dobry fałszywy trop nie zawiera ani jednego kłamstwa. Wszystkie fakty w nim są prawdziwe i wszystkie zostały pokazane odbiorcy uczciwie. Fałszywy jest wyłącznie wniosek, który czytelnik z nich wyciąga, i to on jest dziełem autora. Sąsiad naprawdę wrócił po północy, naprawdę miał zabłocone buty i naprawdę okłamał policję. Zabił kto inny.

Sama nazwa też okazała się fałszywym tropem. Wędzony śledź, taki jak ten na zdjęciu obok, ma zapach na tyle ostry, że rzekomo mylił psy gończe prowadzone po świeżym śladzie. Opowieść tę rozpowszechnił w 1807 roku angielski publicysta William Cobbett, a badacze do dziś nie potrafią potwierdzić, że ktokolwiek naprawdę tak tresował psy.

Agatha Christie zbudowała na tej figurze całe rzemiosło. W Morderstwie w Orient Expressie każdy pasażer po kolei wygląda na sprawcę: każdy ma motyw, każdy coś ukrywa i każdy kłamie o czymś innym. Rozwiązanie nie unieważnia potem żadnej z tych poszlak. Odwraca tylko pytanie, które przez całą podróż zadawaliśmy.

Rian Johnson w Na noże rozciągnął jeden fałszywy trop na dwie trzecie filmu. Widz przez cały ten czas jest przekonany, że wie, kto doprowadził do śmierci starego pisarza, i kibicuje ukrywaniu tego przed śledztwem. Dopiero potem okazuje się, że oglądał zupełnie inną historię, niż mu się wydawało.

Zygmunt Miłoszewski w Ziarnie prawdy zrobił z fałszywego tropu temat całej książki. Zbrodnie w Sandomierzu zostają upozorowane tak, by przypominały dawną legendę o mordzie rytualnym, a miasto natychmiast podchwytuje podsuniętą sobie wersję. Trop jest tam narzędziem zabójcy i zarazem portretem tego, w co ludzie chcą uwierzyć.

Tropy mają przy tym dwóch różnych autorów. Ten podrzucony przez postać istnieje wewnątrz świata, ktoś w nim za niego odpowiada i można go zdemaskować jak każde inne kłamstwo. Ten zastawiony przez pisarza działa poza fabułą i żaden bohater o nim nie wie. Pierwszy buduje intrygę, drugi buduje lekturę.

Granica między zaskoczeniem a oszustwem biegnie ostro. Autorzy klasycznego kryminału spisali ją nawet w formie przykazań, a Ronald Knox umieścił wśród nich zdanie, że detektyw nie ma prawa wpaść na trop, którego natychmiast nie pokaże czytelnikowi. Wolno ukrywać wnioski. Nie wolno ukrywać dowodów, które widzieli bohaterowie.

Trop psuje się wtedy, gdy jest zbyt wygodny. Postać obwieszona poszlakami niczym choinka sama krzyczy, że została podstawiona, bo prawdziwy sprawca nigdy nie leży tak ładnie pod ręką. Poszlaki trzeba rozdzielać nierówno, a te najmocniejsze chować w zdaniach brzmiących jak tło i przypadek.

Dzisiejszy odbiorca jest w dodatku wytrenowany. Fora rozbierają serial na części w tydzień po premierze, więc pojedynczy sygnał bywa odczytany od razu. Kusi wtedy, żeby rozsypać tropów całą garść i liczyć, że któryś chwyci. Trzy słabe zmyłki widownia przegląda jednak na wylot szybciej niż jedną, w którą autor sam uwierzył.

Fałszywy trop broni się tylko wtedy, gdy jego rozmontowanie daje więcej niż samo zaskoczenie. Czytelnik, który wraca do wcześniejszych rozdziałów i widzi, że wszystko już tam leżało, czuje się mądrzejszy niż przed lekturą. Czytelnik, przed którym zatajono dowód, czuje się okradziony i drugiej książki tego samego autora zwykle już nie otwiera.