
Kontrapunkt to celowy rozjazd między tym, co scena pokazuje, a tym, jak brzmi. Skoczna piosenka leci nad okrucieństwem, uroczysty ton pada na rzecz brudną, a sens powstaje dopiero w głowie widza, któremu obraz nie zgadza się z dźwiękiem.
Nazwa jest pożyczona z muzyki, gdzie oznacza samodzielne głosy prowadzone równocześnie. Żaden z nich nie schodzi do roli akompaniamentu i żaden nie ustępuje drugiemu. W opowieści działa to podobnie, bo forma idzie swoją drogą, treść swoją, a widz odbiera oba te głosy naraz. Zgodność niczego by tu nie dodała, bo widz i tak wie, że egzekucja jest straszna.
Malarstwo robiło to na długo przed montażem. Pieter Bruegel starszy rozłożył na pierwszym planie Drogi krzyżowej jarmarczny tłum z dziećmi i przekupniami, a skazańca schował gdzieś w środku, małego i przesłoniętego. Forma mówi „zwykły dzień”, treść mówi „egzekucja”, i z tego rozjazdu bierze się całe okrucieństwo obrazu.
Teorię zestawiania dźwięku wbrew obrazowi sformułował Siergiej Eisenstein jeszcze w epoce kina niemego. W praktyce najdalej zaszedł Stanley Kubrick, który w Mechanicznej pomarańczy kazał bohaterowi śpiewać pogodny szlagier podczas napaści. Wesoła melodia nie łagodzi przemocy, tylko wyziębia ją do temperatury koszmaru.
Sam zgrzyt jeszcze nie wystarcza, bo o jego wymowie rozstrzyga pochodzenie drugiego głosu. Piosenka lecąca z radia stojącego w kadrze broni się inaczej niż ta sama piosenka dołożona z zewnątrz. Pierwsza należy do świata i mówi, że nikt w nim okrucieństwa nie zauważył. Druga należy do autora i jest jego zdaniem o scenie, wypowiedzianym ponad głowami bohaterów.
Andrzej Munk w Eroice przeniósł zgrzyt na sam tytuł. Beethovenowska nazwa obiecuje opowieść o bohaterstwie, a film pokazuje wojnę małą i groteskową, w której nikt nie zdąży urosnąć do pomnika. Kontrapunkt zaczyna się tam, zanim padnie pierwsze zdanie dialogu, i trzyma do ostatniej sceny.
Scenarzysta nie musi czekać na montaż, bo zgrzyt zaczyna się już w tekście. Wystarczy, że postać w scenie porwania rozmawia o rachunku za prąd albo że najgorszą wiadomość ktoś przekazuje tonem prognozy pogody. Sam rejestr języka niesie ten zgrzyt bez pomocy muzyki. Słoneczne popołudnie wpisane w didaskalia potrafi przeciąć scenę wyroku równie ostro jak dowolna melodia.
Kontrapunkt jest szczególnym przypadkiem zestawienia — tym, w którym oba głosy jawnie się kłócą, a całą tę rodzinę opisuje osobne hasło o juxtapozycji. Scenarzyście przydaje się przy okazji jedna ostrożność produkcyjna. Konkretna piosenka wpisana do scenariusza rzadko dojeżdża do gotowego filmu, bo licencja na znany utwór potrafi kosztować więcej niż dzień zdjęciowy. Bezpieczniej opisać rejestr drugiego głosu i zostawić wybór tym, którzy będą ten film montować.
Najtaniej wypada zgrzyt wrzucony dla samego efektu. Przeciwna piosenka bez myśli pod spodem daje wyłącznie hałas, a widz rozpoznaje ten ruch natychmiast. Zgrzyt musi coś obnażać, wyziębiać albo dorzucać czarny humor. Inaczej jest tylko ozdobą, która mija razem z ostatnim taktem.
Film, w którym wszystko gra do rymu, ogląda się gładko i zapomina jeszcze w drodze do domu. Muzyka potwierdza obraz, dialog potwierdza muzykę, a widzowi nie zostaje nic do zrobienia poza patrzeniem. Brakuje wtedy drugiego głosu, który spierałby się z pierwszym, a to właśnie on zwykle zostaje w pamięci na dłużej.