
Powieść nie składa się z samych scen. Między nimi siedzi drugi, cichszy takt, po którym najszybciej poznaje się, czy autor umie budować rytm.
Nazwy dał tym taktom Dwight Swain w Techniques of the Selling Writer, podręczniku wydanym w 1965 roku i czytanym do dziś. Pierwszy takt to scena. Bohater ma cel, rusza po niego, natrafia na opór i kończy w położeniu gorszym, niż zaczynał. Ta ostatnia część jest obowiązkowa, choć nie musi być spektakularna, bo wystarczy, że zamyka drogę, którą bohater zamierzał iść. Drugi takt to sekwela. Ten sam bohater odbiera cios, waży swoje nowe i zwykle węższe możliwości, po czym podejmuje decyzję.
Ta decyzja jest zawiasem całej konstrukcji, bo staje się celem otwierającym następną scenę. Dzięki niej łańcuch zdarzeń nie ma luk, a każde kolejne wynika z wyboru, przy którym czytelnik był obecny. Jack Bickham rozwinął ten sam mechanizm w Scene & Structure i oparł na nim cały swój wykład o budowie powieści. Reszta konstrukcji trzyma się właśnie na tym jednym złączu.
Robotę emocjonalną wykonuje sekwela. Katastrofa dzieje się w scenie, ale czuć ją dopiero wtedy, gdy ktoś siada w gruzach i próbuje pozbierać myśli. Tam czytelnik przywiązuje się do bohatera, bo ogląda go w chwili bezradności. Sekwela jest też jedynym miejscem, w którym postać ma prawo się bać, wahać i wybrać źle.
Wewnątrz tego taktu również panuje porządek: najpierw idzie reakcja, odruchowa i cielesna, bo nikt nie analizuje położenia w sekundzie po ciosie. Potem dylemat, w którym wszystkie dostępne wyjścia są złe, a bohater i tak musi jedno wskazać. Na końcu decyzja, często najgorsza z możliwych, ale jego własna. Sekwela pozbawiona dylematu osuwa się w skargę, bo postać wtedy przeżywa, zamiast wybierać.
Wzorzec pracuje w prozie od jej początków. Daniel Defoe w Robinsonie Crusoe prowadzi bohatera przez działanie, a potem sadza go nad dziennikiem, gdzie ten rozpisuje swoje położenie w dwóch kolumnach i wylicza, co przemawia za, a co przeciw. Ślad bosej stopy na piasku jest katastrofą sceny, natomiast tygodnie strachu, przeliczania zapasów i wzmacniania palisady to czysta sekwela.
Proporcja między taktami zmienia się w miarę zbliżania do finału. Sekwele kurczą się z rozdziałów do akapitów, potem do jednego spojrzenia w bok, aż w kulminacji znikają zupełnie. Sceny zaczynają uderzać jedna w drugą bez oddechu i stąd bierze się wrażenie przyspieszenia. Pęd finału w dużej mierze wynika z zaniku reakcji, a nie z gęstszych zdarzeń.
Początkujący najczęściej wycinają wszystkie sekwele i dziwią się potem, że mocna fabuła czyta się płasko. Zdarzenie goni zdarzenie, katastrofa depcze katastrofie, a czytelnik nie dostaje pół taktu na to, żeby cokolwiek go obeszło. Odwrotna przypadłość zdarza się rzadziej i jest łatwiejsza do wychwycenia, bo bohater roztrząsający jedną porażkę przez trzy strony nudzi już samego autora przy pisaniu.
Opowieść pozbawiona sekwel robi się przy całym swoim hałasie dziwnie cicha. Wszystko się w niej dzieje i nic nie zostaje, bo żaden cios nie ma gdzie wybrzmieć. Bohater przechodzi przez kolejne nieszczęścia jak przez korytarz, nie zatrzymując się w żadnym z nich na tyle długo, by dało się poznać, kim właściwie jest. Po ostatniej stronie zostaje pamięć wydarzeń bez pamięci człowieka, któremu się przydarzyły.