
W scenie ripost obowiązuje reguła turnieju: przegrywa ten, komu pierwszemu skończą się odpowiedzi. Widz liczy punkty, choć nikt mu nie zapowiedział meczu. Dlatego błyskotliwa wymiana, w której nikt niczego nie wygrywa, nuży szybciej niż zwykła rozmowa. Iskrzy na wierzchu, a pod spodem stoi w miejscu.
Tę samą szybkość i celność mają dwie sąsiednie sceny, a dzieli je cel wymiany. Przekomarzanie strzela tą samą amunicją, tyle że przysuwa ludzi do siebie. W kłótni idzie o to, żeby zranić, więc liczy się celność ciosu, a nie dowcipu. W pojedynku na riposty stawką jest przewaga i trafiony traci pozycję, nie skórę. Pomylenie tych trzech porządków zamienia flirt w awanturę w ciągu trzech kwestii.
Riposta jest zbudowana z cudzego materiału. Bierze słowo, które przed chwilą padło, i odwraca mu ostrze. Dobra wymiana ma więc pamięć krótką i bezlitosną, bo każda kwestia odsyła do poprzedniej. Kiedy repliki da się przestawić miejscami, w scenie nikt nie walczy. Dwie osoby po prostu popisują się przy jednym stole.
Turniej rządzi się eskalacją. Witold Gombrowicz w Ferdydurke rozegrał ją w czystej postaci, gdy kazał Miętusowi i Syfonowi stoczyć pojedynek na miny, w którym każdy grymas musi przebić poprzedni. Riposty działają tak samo. Powtórzony poziom celności czytamy jako zmęczenie, więc każda kolejna odpowiedź ma obowiązek podnieść stawkę.
Słownictwo tej sceny przyszło wprost z szermierki. Riposta to tam cios zadany natychmiast po odparciu ataku, a jej wartość zależy od tego, jak blisko idzie za parowaniem. Dialog przejął nazwę razem z warunkiem. Odpowiedź, która przychodzi po namyśle, jest już nowym atakiem.
Tempo jest w tym gatunku bronią. Howard Hawks w Dziewczynie Piętaszku kazał aktorom wchodzić sobie w słowo, przez co repliki nachodzą na siebie i nie zostawiają powietrza, w którym dowcip mógłby wsiąknąć. Riposta spóźniona o takt przestaje być ripostą i zamienia się w komentarz. Na papierze różnicy nie widać, na ekranie słychać ją natychmiast.
Pod dowcipem musi leżeć coś, o co naprawdę idzie gra, najczęściej status albo pożądanie. Aleksander Fredro w Zemście dał temu wzór przewrotny, bo Rejent Milczek odbija furię Cześnika pokorną formułką o woli nieba, z którą zawsze trzeba się zgadzać. Nie podnosi głosu i wygrywa każdą wymianę, bo odbiera przeciwnikowi grunt pod nogami. Najmocniejsza riposta bywa najcichsza.
Pojedynek równych ma jeszcze jedną cechę, którą łatwo przeoczyć. Widać ją na Partii szachów Sofonisby Anguissoli. Jedna z sióstr właśnie zbiła pionka, druga unosi dłoń na znak, że dała się zaskoczyć, a najmłodsza śmieje się z całej wymiany. Przyznanie porażki jest tam częścią gry, nie jej końcem. Postać, która potrafi ładnie przegrać wymianę, zyskuje u widza więcej niż ta, która zawsze ma ostatnie słowo.
Jeden rytm i jedno słownictwo po obu stronach zabijają taką scenę szybciej niż słaby dowcip. Oscar Wilde w Bądźmy poważni na serio uszedł z tym obronną ręką, bo jego sztuka jest jawnym turniejem epigramatów i nikt nie udaje, że słyszymy zwykłych ludzi. Poza taką konwencją równa celność wszystkich postaci znaczy tyle, że autor rozmawia sam ze sobą cudzymi ustami.
Najlepsze wymiany kończą się rozstrzygnięciem. Ernst Lubitsch prowadził je w Ninotchce krótko i sucho, bez tłumaczenia dowcipu, a przewaga przechodziła z rąk do rąk w kilka zdań. Radziecka wysłanniczka i francuski hrabia mierzą się tam wyłącznie na odpowiedzi, aż jedno z nich ustąpi pola. Riposta, po której nic w scenie nie ustawia się na nowo, przestaje być pojedynkiem i zostaje hałasem.