
Nikt, kto kręcił film noir, nie wiedział, że kręci film noir. Nazwę wymyślili po wojnie francuscy krytycy. Stało się to latem 1946 roku, gdy do paryskich kin wpuszczono naraz amerykańskie filmy z czterech lat okupacji. W Hollywood mówiło się na to melodramat kryminalny, tania robota na dolną połowę podwójnego seansu.
To, co krytycy wtedy zobaczyli, sięgało głębiej niż sposób oświetlania planu. Cień cięty żaluzją, mokry asfalt i dym pod lampą są skórą gatunku. Pod spodem siedzi przekonanie, że świat jest tak urządzony, aby uczciwy ruch i tak skończył się przegraną. Bohater zdaje sobie z tego sprawę od pierwszej sceny i wykonuje ten ruch mimo wszystko.
Widać to najlepiej po tym, co robi z własnym uczuciem. Detektyw grany przez Humphreya Bogarta w Sokole maltańskim Johna Hustona, ten z kadru obok, oddaje policji kobietę, w której się zakochał, i spokojnie jej przy tym tłumaczy, dlaczego nie ma innego wyjścia. Nie jest to ani zwycięstwo, ani poświęcenie. Jest to decyzja podjęta z pełną świadomością straty — takiej, po której nic już nie wróci na miejsce.
Konstrukcja tych filmów często zaczyna się od końca. Billy Wilder w Podwójnym ubezpieczeniu każe agentowi ubezpieczeniowemu nagrywać zeznanie na dyktafon, więc cała historia jest wyznaniem człowieka, który już przegrał. Widz od początku zna kierunek i ogląda wyłącznie to, jak dokładnie bohater w nim idzie.
Za tym schematem stała między innymi cenzura. Kodeks produkcyjny, którym Hollywood pilnowało samo siebie, wymagał, żeby zbrodnia nigdy nie popłaciła i żeby winny poniósł karę przed napisami końcowymi. Scenarzyści obeszli ten nakaz od środka. Skoro finał musiał być klęską, całą resztę filmu dało się poświęcić na to, jak przyzwoity człowiek dochodzi do miejsca, w którym klęska jest jedynym możliwym wyjściem.
Kobieta z tych opowieści bywa dziś czytana jako figura mizoginii i częściowo słusznie. Warto jednak wiedzieć, skąd się wzięła. Historie te powstawały w kraju, w którym miliony kobiet przez cztery lata wojny prowadziły fabryki i zarabiały własne pieniądze, a potem miały grzecznie wrócić do kuchni. Postać obiecująca wolność i zabierająca ją razem z życiem jest lękiem tamtej dekady ubranym w suknię.
Ludzie, którzy nadali temu lękowi wygląd, przyjechali z Europy. Fritz Lang nakręcił w Berlinie M — mordercę i uciekał przed nazizmem tą samą drogą co Robert Siodmak, Otto Preminger i sam Wilder. Przywieźli ze sobą twarde światło niemieckich wytwórni lat dwudziestych oraz przekonanie, że los bywa silniejszy od charakteru.
Trzydzieści lat później gatunek wrócił i tym razem wiedział, jak się nazywa. Paul Schrader zdążył go pochować w eseju Notes on Film Noir z 1972 roku, a następcy klasyków zaczynali już od lektury takich tekstów. Po dawne rekwizyty sięgali z premedytacją, rdzeń zostawiając nietknięty. Wszedł kolor, weszła współczesność, skończył się kodeks i winny mógł wreszcie wyjść bez kary. Łowca androidów przeniósł tę samą gramatykę w deszczową przyszłość, w której miejsce ulicznej latarni zajął neon.
Oficer z Psów Władysława Pasikowskiego należy do formacji, która właśnie przestała istnieć, a razem z nią unieważniły się reguły, według których przeżył dorosłe życie. Klasyka gubiła bohatera słabością charakteru albo zwyczajnym pechem, tutaj miażdży go instytucja, która nie ma ani twarzy, ani złej woli. Zdradzony przez swoich wybiera zgubę z otwartymi oczami, dokładnie tak, jak każe ta gramatyka. Noir mówi w takich finałach rzecz niewygodną. Przyzwoitość nie ma w tej rozgrywce żadnej przewagi, a wybiera się ją i tak, bez obietnicy nagrody.