Przejdź do treści

Komedia romantyczna: cztery spotkania, jeden romans

Antoine Watteau, Pielgrzymka na Cyterę 1717, Luwr — pary w różnych fazach romansu na drodze do wyspy Wenus, archetyp wizualny struktury komedii romantycznej
Antoine Watteau, Pielgrzymka na Cyterę (1717), Luwr. Pary w różnych fazach miłosnej pielgrzymki — od pierwszego spojrzenia, przez flirt, po odejście. Cztery spotkania komedii romantycznej w jednym obrazie. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain
Odsłuchaj

Widz komedii romantycznej zna zakończenie, zanim padnie pierwsza kwestia dialogu. Gatunek niczego przed nim nie ukrywa i dokładnie na tym stoi. Napięcie nie bierze się z pytania, czy tych dwoje się zejdzie. Bierze się z tego, ile każde z nich musi w sobie przestawić, zanim zacznie na to zasługiwać. Przeszkoda siedzi wewnątrz bohaterów, a wszystko, co blokuje ich z zewnątrz, jest tylko pretekstem.

Romans dojrzewa tu etapami i każdy etap ma własne spotkanie. Najpierw zderzenie, po którym oboje wypadają gorzej, niż by chcieli. Potem rozmowa, w której niechęć jest już formą zalotów. Dalej rozłam, kiedy wszystko się sypie i wygląda na zamknięte. Na końcu gest publiczny i kosztowny, bo miłość bez nadszarpniętej dumy nic w tym gatunku nie waży. Te same fazy rozstawił na jednej ścieżce Antoine Watteau w Pielgrzymce na Cyterę, od ostrożnego ukłonu po parę odchodzącą ku łodzi.

Najczystszy wykład tej gramatyki napisał u nas Aleksander Fredro w Ślubach panieńskich z 1833 roku. Dwie panny przysięgają sobie, że nigdy nie pokochają mężczyzny, jeden z zalotników obmyśla podstęp, a im mocniej dziewczęta zaklinają się przeciw miłości, tym pewniej wiadomo, że przegrają. Opór jest w tym gatunku po prostu dłuższą drogą do zgody, a widownia wie o tym od pierwszej sceny lepiej niż bohaterowie.

Rozmowa jest w komedii romantycznej główną bronią i główną zwłoką. Nora Ephron w Kiedy Harry poznał Sally kazała dwojgu ludziom spierać się przez lata o to, czy kobieta i mężczyzna mogą się przyjaźnić. Spór jest prowadzony serio, obie strony mają argumenty, a każda kolejna runda przybliża ich do siebie o krok, którego żadne nie planowało. Dowcip nie jest tam ozdobą, tylko sposobem, w jaki dwoje ludzi sprawdza się nawzajem przez warstwę ironii.

Zewnętrzna przeszkoda sama z siebie nie wystarcza. Richard Curtis w Notting Hill posadził naprzeciw siebie właściciela małej księgarni i światową gwiazdę, więc dystans między nimi wygląda na nie do przebycia. Rozbraja go dopiero moment, w którym on przestaje się wstydzić własnej zwyczajności. Sława była wymówką — lęk przed ośmieszeniem prawdziwym murem.

Katarzyna Grochola posadziła bohaterkę Nigdy w życiu! po rozwodzie w domu, który dopiero rośnie pod Warszawą, i kazała jej układać sobie życie od nowa między remontem a sąsiadami. Komizm wyrasta tam z rzeczy zupełnie miejscowych, nie z sytuacji przepisanych z amerykańskiego wzoru, i to jest jedyny sposób, żeby ten gatunek brzmiał po polsku. Rodzima odmiana przyszła zresztą najpierw z prozy, a na ekran trafiła dopiero potem.

Rozłam w trzecim akcie ma złą prasę, bo zbyt często stoi na nieporozumieniu, które jedno zdanie rozwiązałoby w pięć sekund. Działa wtedy, gdy wynika z tego, kim bohaterowie są, a nie z tego, że ktoś podsłuchał połowę rozmowy. Wielki gest domyka tę samą regułę. Jeśli po biegu na lotnisko oboje wracają dokładnie tacy sami, romans jest zbiegiem okoliczności, a nie historią.

Umowę można też złamać świadomie. Scott Neustadter i Michael H. Weber w (500) dniach miłości rozsypali chronologię na ponumerowane dni i pozwolili widzowi zobaczyć rozpad wcześniej niż zauroczenie. Para się nie schodzi, a cały pomysł polega na tym, że tylko jedno z dwojga przeżywa tę znajomość jako komedię romantyczną. Drugie było w zupełnie innym filmie.