
Thriller można napisać bez złoczyńcy i polskie kino robi to od trzydziestu lat. Zagrożenie nie ma tu twarzy, bo mieszka w układzie i w procedurze. Bohater rozpoznaje je po drobiazgach. Znajomy przestaje odbierać telefon, urzędnik prosi o jeszcze jedno zaświadczenie, a sprawa, która miała potrwać tydzień, wchodzi w trzeci miesiąc.
Gatunek żywi się przewagą informacji po stronie widza i brakiem czasu po stronie bohatera. Trzeba dać bohaterowi coś, co da się stracić, przeciwnika mocniejszego od niego i zegar, który nie stoi. W polskim wydaniu tym przeciwnikiem bywa najczęściej instytucja. Komenda, spółka albo urząd mają zasoby, cierpliwość i pamięć, a pojedynczy człowiek ma tylko siebie i kilka tygodni. Taki przeciwnik nie musi nikogo nienawidzić — wystarczy, że ma dłuższy oddech.
Ryszard Bugajski w Przesłuchaniu zamknął całą rzecz w dwóch pomieszczeniach. Piosenkarka trafia po jednej nocy do stalinowskiego aresztu i długo nie potrafi ustalić, czego się od niej chce. Nikt jej nie grozi śmiercią i nikt nie wygłasza monologu o władzy. Śledczy zmieniają się jak na dyżurach, każdy zaczyna od początku i każdy ma czas. Film powstał w 1982 roku i przeleżał na półce do końca dekady.
Dziesięć lat później Władysław Pasikowski w Psach wypuścił na ekran oficera bezpieki, który przeszedł weryfikację i trafił do nowej policji. Franz Maurer umie jedno i nikt już tego nie potrzebuje. Nie ma strony, po której mógłby stanąć, bo dawni koledzy handlują bronią, a nowi przełożeni chcą go tylko przeczekać. Zdania w tym filmie są krótkie, wulgarne i cytowalne, i to one zbudowały modę na twardy polski dialog. Pod modą leżało jednak coś prostszego, bo widownia rozpoznawała tamten rok.
Napięcie rośnie w takich historiach przez zacieśnianie. Każda próba wyjścia zwęża pole, aż zostaje jeden ruch i akurat ten jeden jest zły. Podobny kształt zostawił Jacek Malczewski w Błędnym kole, gdzie splecione postacie wirują wokół chłopca siedzącego na drabinie i żadna nie umie z tego kręgu wystąpić. Bohater thrillera wchodzi zwykle w ruch, który zaczął się bez niego.
Krzysztof Krauze w Długu pokazał to na dwóch chłopakach, którzy chcą tylko otworzyć firmę. Znajomy z dawnych lat wymyśla im dług, którego nigdy nie zaciągnęli, i zaczyna go egzekwować. Policja rozkłada ręce, prawnik radzi zapłacić, rodzina zaczyna się bać. Rzecz jest oparta na prawdziwej sprawie i kończy się zbrodnią popełnioną przez ofiary, co odbiera widzowi ostatnie wygodne miejsce.
Nie każdy polski thriller potrzebuje jednak ustroju. Roman Polański w Nożu w wodzie posadził na jachcie trzy osoby i nie dał im ani zbrodni, ani pościgu. Małżeństwo zabiera autostopowicza na weekendowy rejs, a przez cały film trwa między mężczyznami cicha licytacja o przewagę. Wystarczyła zamknięta przestrzeń, różnica wieku i jeden nóż, żeby widownia siedziała spięta do końca.
Bez lokalnego gruntu ten gatunek natychmiast blednie. Można przenieść do Warszawy kartel, korporacyjnego psychopatę i deszcz w neonach, ustawić wszystkie chwyty na właściwych miejscach i nie uzyskać ani jednej minuty prawdziwego strachu. Ludzie boją się tego, co rozpoznają. Polski thriller trzyma poziom dopóty, dopóki groźba pachnie korytarzem, w którym ktoś naprawdę kazał komuś czekać.