
Attycka tragedia długo obywała się jednym aktorem i chórem. Drugiego dostawił dopiero Ajschylos i wtedy dwie racje mogły się na scenie zderzyć. Ten drugi nazywał się deuteragonistes, czyli ten, kto zmaga się jako drugi. Słowo przetrwało dwa i pół tysiąca lat, ale zmieniło znaczenie: dzisiaj oznacza rangę, czyli drugie miejsce w hierarchii ważności całej opowieści.
Deuteragonista to druga najważniejsza osoba w historii. Bywa partnerem bohatera, jego rywalem, ukochaną albo sumieniem. Ma własne pragnienie, własny ciężar i najczęściej własną przemianę. Od pomocnika do noszenia bagaży różni się tym, że ma w całej sprawie coś do stracenia. Numer dwa przegrywa albo wygrywa na własny rachunek, nawet jeśli klęska bohatera pociąga go za sobą.
Najtrwalszy wzór tej pary jedzie na osiołku. Giermek z Don Kichota Miguela de Cervantesa wynajął się do służby za obietnicę wyspy, którą miał kiedyś dostać pod zarząd. Pamięta o niej przez obie części powieści i pilnuje jej równie uparcie, jak jego pan pilnuje swoich urojeń. Sancho Pansa bywa mądrzejszy od swojego pana i doskonale o tym wie. Mimo to fabułą kręci szaleństwo rycerza, a zdrowy rozsądek giermka tylko za nim nadąża.
Deuteragonista jest rangą, a nie funkcją, i na tym polega cała rzecz. Kontrast jest funkcją, czyli różnicą, która uwydatnia cechy bohatera. Powiernik jest funkcją jeszcze węższą, bo istnieje po to, żeby bohater miał komu powiedzieć prawdę. Rangę mierzy się inaczej, tym, ile miejsca postać zajmuje w całości i jak mocno jej los waży na finale. Jedna osoba bywa wszystkim naraz, ale drobny epizodzista nie awansuje przez sam kontrast.
Bolesław Prus w Lalce poszedł dalej, niż większość autorów się odważa. Ignacy Rzecki, stary subiekt z sercem po stronie napoleońskiej legendy, dostał w tej powieści własny pamiętnik i własny głos. Czytelnik ogląda część zdarzeń jego oczami, poznaje jego lęki i jego prywatną politykę. A jednak historia należy do Wokulskiego. Rzecki komentuje, ratuje i nie rozumie, a decyzje przesuwające fabułę zapadają gdzie indziej.
Zmarnować taką postać najłatwiej, rozliczając ją poza kadrem. Numer dwa ma wtedy własną przegraną, tylko rozstrzyga się ona gdzieś w tle, między dwiema scenami głównego wątku, a widz dowiaduje się o wszystkim z jednego zdania rzuconego w dialogu. Ranga obiecana na początku zostaje po cichu cofnięta. Drugim objawem tej samej niedbałości bywa hojność w dowcipach — humor jest ostatnią rzeczą, jaką autor daje komuś, kogo nie przemyślał.
Obawa przed odwrotnym błędem bywa przesadzona. Henryk Sienkiewicz w Trylogii dał Zagłobie tyle fantazji, przechwałek i celnych pomysłów, że dla wielu czytelników to on jest najlepszą rzeczą w trzech tomach. Juliusz Kossak narysował go w chwili triumfu, jak wywozi z lasu zdobyty sztandar, a bitwa dogorywa gdzieś za nim we mgle. Kradzież uwagi nie zmienia jednak rangi. Wojna, honor i miłość rozgrywają się gdzie indziej, a Zagłoba towarzyszy kolejnym bohaterom, ratuje ich i opowiada o tym potem po swojemu. Numer dwa może być najbardziej pamiętaną osobą w książce i wciąż zostać numerem dwa.
Ranga rozstrzyga się przy ostatniej decyzji. John Steinbeck w Myszach i ludziach prowadzi dwóch sezonowych robotników przez tę samą wędrówkę i to samo marzenie o własnym kawałku ziemi. Lennie napędza wszystko, co się w tej książce dzieje, bo od jego siły i jego kłopotów zależy każdy zwrot. Ostatni wybór należy jednak do George'a i to on musi z nim potem żyć. Tam, gdzie opowieść się kończy, widać, kto ją przez cały czas niósł.