Przejdź do treści
Punkt widzenia i narracja

Punkt widzenia i narracja

Narrator zbiorowy (my)

2 min czytania · Redakcja 1draft.pl

Ilja Riepin, Procesja religijna w guberni kurskiej, 1883 - wielki tłum pojedynczych postaci w procesji płynie jako jedno ciało przez pylisty trakt; obraz zbiorowości, wielu jako jedno my
Ilja Riepin, Procesja religijna w guberni kurskiej (1883). Tłum pojedynczych twarzy jako jedno ciało. Wizualny obraz narratora zbiorowego: wielu, a mówią jednym głosem. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)

Narrator zbiorowy to pierwszoosobowa liczba mnoga — „my”, które mówi za grupę, wspólnotę albo pokolenie i snuje opowieść jako głos zbiorowy. Nie jedno „ja”, lecz chór: anonimowy, a zarazem bliski punkt widzenia miasteczka czy rocznika, które były świadkami i teraz wspominają. Mechanika: prawdziwe „my” ma granicę (określony zbiór — chłopcy z sąsiedztwa, kobiety z miasteczka — z własnym oglądem i uprzedzeniami); wspólny ogląd jest ograniczony (grupa wie tyle, ile mogła zobaczyć, i nie wchodzi w głąb obserwowanych, którzy zostają niedostępni); zbiorowe spojrzenie jest siłą — osąd, fascynacja, współwina; a jednostki wynurzają się z „my” i znów w nim nikną. Pułapka jest podwójna: z jednej strony „my”, które jest właściwie autorem — bez granicy i wspólnego oglądu, tylko wystrojone „ja”; z drugiej „my” bez jednostek — kolektyw tak miażdżący, że nikt z niego nie wystaje, grupa bez tekstury, monotonna i bez twarzy. Sekret: daj „my” realną granicę — określony zbiór o wspólnym, ograniczonym oglądzie — i pozwól jednostkom wynurzać się z kolektywu i wracać, by głos był wspólnotowy, lecz fakturowy; nie przebrane „ja” ani bezimienny monolit, lecz wspólne spojrzenie i jego granice.

Wizualną intuicję daje Procesja religijna w guberni kurskiej Ilji Riepina (1883) — tłum pojedynczych twarzy płynie jako jedno ciało. Wielu, a mówią jednym głosem — i tym jest narrator zbiorowy. To jest sedno: nie jedno „ja”, lecz „my” wspólnoty, która patrzy i pamięta razem.

Kanon. Pierwszoosobowa liczba mnoga ma swoją tradycję: miasteczkowe „my” opowiadające o pannie Emily, sąsiedzkie „my” chłopców śledzących dziewczęta, biurowe „my” firmy. Zawsze chodzi o wspólnotę, która patrzy i pamięta razem — ograniczoną do tego, co mogła wiedzieć. To nie wielość przełączanych punktów widzenia ani samotny narrator-świadek — to jeden zbiorowy głos. Polski kanon: „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego — relacja, w której głos cywilnego tłumu, owo „my” uwięzionych w mieście, niesie opowieść zbiorowej pamięci.

Pięć reguł. Pierwsza: prawdziwe „my” z granicą — to jeden określony zbiór, nie wielość przełączanych jednostek (zobacz osobny artykuł o wielości punktów widzenia). Druga: wspólny ogląd ma granice — grupa wie tyle, ile mogła zobaczyć, a nie wszystko (zobacz osobny artykuł o narratorze wszechwiedzącym). Trzecia: grupowe spojrzenie, nie samotne „ja” — to chór, z którego jednostki czasem się wynurzają (zobacz osobny artykuł o narratorze świadku). Czwarta: soczewka grupy — pokazuj to, co „my” może wspólnie objąć wzrokiem (zobacz osobny artykuł o fokalizacji). Piąta: obserwowani zostają niedostępni — wnętrze śledzonych pozostaje poza zasięgiem „my”, i stąd ich tajemnica (zobacz osobny artykuł o dystansie narracyjnym).

Pytanie warsztatowe: wróć do tłumu płynącego jako jedno ciało i spójrz na swoje „my”: kto dokładnie się w nim mieści, a kto nie — i czego ta grupa nie wie? Czy z kolektywu wynurza się czasem twarz — czy to bezimienny monolit?