Przejdź do treści

Narrator zbiorowy (my)

Ilja Riepin, Procesja religijna w guberni kurskiej, 1883 - wielki tłum pojedynczych postaci w procesji płynie jako jedno ciało przez pylisty trakt; obraz zbiorowości, wielu jako jedno my
Ilja Riepin, Procesja religijna w guberni kurskiej (1883). Trakt jest zapchany ludźmi od krawędzi do krawędzi, a mimo to z pierwszego rzędu wyrywa się garbaty chłopiec o kuli, którego nie sposób z nikim pomylić. Na tym stoi zbiorowe my, bo raz po raz ktoś się z niego wynurza i wraca. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Narrator zbiorowy widzi więcej niż ktokolwiek pojedynczy i rozumie mniej. Grupa zbiera obserwacje z wielu okien i wielu lat, ale do żadnej cudzej głowy nie wchodzi.

Ten głos mówi „my” i mówi za wspólnotę. Za miasteczko, za rocznik, za załogę biura, za chłopców z jednej ulicy. To czwarte drzwi obok „ja”, „on” i „ty”, a proza korzysta z nich najrzadziej. Sam pomysł jest przy tym starszy od powieści. Ajschylos w Persach posadził na scenie chór starców, który czeka na wieści z wojny i mówi w imieniu całego miasta.

Prawdziwe „my” ma granicę, którą da się obrysować. To konkretny zbiór ludzi ze wspólnym oglądem i wspólnym uprzedzeniem, a nie zbiorowa mgła. Granica decyduje o tym, czego ta grupa po prostu nie mogła zobaczyć, i dokładnie tam kończy się jej wiedza. Do głów obserwowanych nie wchodzi nigdy, więc ludzie po drugiej stronie zostają nieprzeniknieni. Z tej niedostępności bierze się cała ich zagadkowość.

Jeffrey Eugenides oparł Przekleństwa niewinności na „my” chłopców z sąsiedztwa. Opowiadają po latach o pięciu siostrach z domu naprzeciwko, zbierając strzępy rozmów, plotki i zachowane drobiazgi. Mimo całej tej pracy nie dowiadują się o dziewczętach niczego istotnego. Melancholia książki bierze się właśnie z odległości, której zbiorowe spojrzenie nie umie pokonać.

William Faulkner w Róży dla Emilii oddał głos całemu miasteczku. To „my” obserwuje samotną kobietę przez dziesięciolecia, obgaduje ją, lituje się nad nią i osądza, ale przez próg jej domu przechodzi dopiero po pogrzebie. Zbiorowy narrator jest tam także zbiorowo winny, bo patrzył długo i nie zrobił nic. Wspólnota opowiada o Emilii i mimochodem opowiada o sobie.

Kolektyw bez pojedynczych twarzy szybko robi się nudny. Tłum na Procesji religijnej w guberni kurskiej Ilji Riepina płynie przez kurz jak jedno ciało — a przy bliższym spojrzeniu każda postać w nim jest osobna i inna. Tak samo działa dobry narrator zbiorowy. Raz po raz wynurza się z niego ktoś z imieniem, robi swoje i wraca w tłum, dzięki czemu głos ma fakturę.

Zbiorowe „my” bywa też formą świadectwa. Krzysztof Kamil Baczyński w wierszu Pokolenie mówi w liczbie mnogiej o roczniku, któremu wojna odebrała wszystko naraz. Doświadczenie nie należy tam do nikogo z osobna, bo dotknęło wszystkich w tym samym czasie i w ten sam sposób. Liczba mnoga jest w takich razach jedyną uczciwą formą.

Najczęściej „my” psuje się przez brak granicy. Powstaje wtedy autor przebrany w liczbę mnogą, który mógłby równie dobrze mówić „ja” i nic by się w tekście nie zmieniło. Taki głos nikogo nie wyklucza, niczego nie przemilcza i nie ma własnego miejsca w świecie. Zbiorowość bez granicy jest zwykłą wygodą narracyjną.

Pojedynczy narrator opowiada, co przydarzyło się jemu. Zbiorowy opowiada, co przydarzyło się wszystkim naokoło, i dokłada do tego wspólną pamięć, która bywa dokładniejsza od jednostkowej i znacznie bardziej stronnicza. Dlatego najlepiej brzmi tam, gdzie ktoś patrzy latami na cudze życie i do końca go nie pojmuje.