
Są usterki, które siedzą w zdaniach, i są takie, które siedzą w fundamencie. Pierwszych pozbywa się redakcja, drugich nie usunie żadna liczba przebiegów. Odróżnienie jednych od drugich bywa najdroższą decyzją w całym warsztacie. Scenariusz z pękniętym rdzeniem można wygładzać przez rok i mieć na koniec bardzo gładką wersję tego samego nieporozumienia.
Fundament to premisa, pragnienie bohatera i mechanizm, który pcha jedną scenę w drugą. Kiedy pęknięcie siedzi tam, objawy wychodzą wszędzie indziej. Dialogi wydają się drętwe, sceny za długie, finał nieprzekonujący, więc autor skraca dialogi, tnie sceny i dokłada finałowi patosu. Każda z tych operacji poprawia miejsce, w którym problemu nie ma. Po trzech takich przebiegach tekst jest wyraźniejszy i dalej nie rusza z miejsca.
Zawodowcy mają na przeciwną operację osobną nazwę i sięgają po nią bez wstydu. Page-one rewrite znaczy dokładnie tyle, że nowa wersja startuje od pierwszej strony pustego pliku, a stara zostaje w archiwum. Jesienią 1993 roku Disney wstrzymał produkcję Toy Story po pokazie materiału, którego nie dało się obronić. Kłopot nie siedział w gagach ani w tempie — Woody wyszedł postacią, której nikt nie lubił, więc ekipa Johna Lassetera dostała kilka miesięcy i napisała historię od nowa.
Fundament potrafi wytrzymać cały plan zdjęciowy i pęknąć dopiero przy stole montażowym. World War Z Marca Forstera, zrobione na motywach powieści Maxa Brooksa, weszło na montaż z gotowym trzecim aktem i wielką bitwą w finale. Całe zakończenie wyrzucono, nowe zamówiono u innych scenarzystów i dokręcono po kilkumiesięcznej przerwie. Rachunek szedł w miliony i wciąż był niższy od premiery z finałem, w który nikt na planie nie wierzył.
Opór przed taką decyzją nie bierze się z lenistwa. Bierze się z rachunku, który każdy prowadzi po cichu i który brzmi rozsądnie: skoro włożyłem w to pół roku, musi się dać uratować. Ekonomiści nazwali ten odruch pułapką kosztów utopionych i pokazali, że działa dokładnie odwrotnie do zdrowego rozsądku. Im więcej już w coś włożono, tym trudniej odejść, choć zainwestowane pół roku nie wraca od tego, że dołoży się do niego następne.
Druga wersja nie startuje przy tym z niczego, choć pusta strona wygląda identycznie jak za pierwszym razem. Autor zna już mapę terenu. Wie, które sceny nie chcą się napisać, którą postać czytelnicy polubili wbrew planowi, w którym miejscu tempo siada. Porzucony szkic bywa najdroższym konspektem, jaki da się sporządzić, i mimo to jest konspektem. Właśnie dlatego wersja pisana od zera powstaje zwykle szybciej niż ta, którą zastąpiła.
Sam zabieg ma jedną zasadę techniczną i jej łamanie unieważnia cały wysiłek. Nowa wersja powstaje w osobnym pliku, a stara zostaje zamknięta i nie służy do przeklejania akapitów. Przeniesione zdania przynoszą ze sobą dawną składnię i dawne rozwiązania, więc po tygodniu drugie podejście wygląda jak lekko odświeżone pierwsze. Zaglądać do poprzedniej wolno, ale rzadko i raczej po to, żeby sprawdzić fakt niż zdanie.
Z porzuconej wersji zostaje zwykle mniej, niż autor się spodziewał, i dokładnie tyle, ile było w niej warte. Postać, która ożyła wbrew planowi, dwie albo trzy sceny działające od pierwszego zapisu, zdanie, od którego cały pomysł się zaczął. Wszystko to mieści się na jednej kartce. Ta kartka bywa jedynym realnym dorobkiem pół roku pracy i zarazem najlepszym punktem wyjścia, jaki ten pomysł kiedykolwiek dostał.