Przejdź do treści

Tnij dziesięć procent: skracanie i zwięzłość

Gustave Courbet, Przesiewaczki zboża, 1854, Muzeum Sztuk Pięknych w Nantes — troje ludzi pracuje na białej płachcie rozłożonej na klepisku; w środku klęczy odwrócona tyłem kobieta w ceglastej sukni i podrzuca płaskie okrągłe sito pełne ziarna, z lewej druga kobieta w szarym ubraniu i białym czepku przebiera zboże na dużym talerzu, z prawej chłopiec w granatowym stroju kuca i zagląda do otwartej szuflady drewnianego młynka do czyszczenia ziarna; pod ścianą stoją napełnione worki, obok leżą drewniane chodaki i miski
Gustave Courbet, Przesiewaczki zboża (1854), Muzeum Sztuk Pięknych w Nantes. Po prawej chłopiec zagląda do wnętrza drewnianej maszyny do czyszczenia ziarna, pod ścianą czekają pełne worki, a na rozłożonej płachcie leżą zzute saboty i płaski talerz z przebranym zbożem. Izba jest poza tym pusta. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Drugi szkic to pierwszy szkic minus dziesięć procent. *Stephen King przytoczył tę formułę w Jak pisać za redaktorem, który odesłał mu młodzieńcze opowiadanie z adnotacją, że rzecz jest nadęta.* Liczba wygląda na wymyśloną przy stole i mniej więcej tak powstała. Sprawdza się jednak na tekstach, o których ten redaktor nigdy nie słyszał.

Jedna dziesiąta prawie każdego szkicu składa się z rzeczy, które niczego nie niosą. Przysłówki dublujące czasownik, wzmacniacze w rodzaju naprawdę i właściwie, zdanie tłumaczące to, co poprzednie zdanie już pokazało. Do tego kwestie, w których postać nazywa własne uczucie, chociaż widz odczytał je scenę wcześniej. Osobno żadna z tych rzeczy nie jest błędem, a razem rozmiękczają całość.

Zasada jest dużo starsza od formuły. William Strunk i E.B. White zamknęli ją w Elementach stylu w trzech słowach o pomijaniu zbędnych wyrazów. Strunk tłumaczył to porównaniem do rysunku bez zbędnych kresek i maszyny bez zbędnych części, w której nic nie kręci się jałowo. Nie chodziło mu o krótkie zdania, tylko o to, żeby wykreślenie dowolnego wyrazu było w zdaniu widoczne.

Nie wszystko, co da się usunąć, jest zbędne, a formuła o dziesięciu procentach niczego takiego nie obiecuje. Opisuje margines waty, który w pierwszym szkicu prawie zawsze jest, i na nim się kończy. Przyłożona do tego samego tekstu po raz drugi przestaje mierzyć watę i zaczyna wykonywać normę — wtedy padają rzeczy, które ktoś postawił tam świadomie i po namyśle.

Cięcie ma przy tym swój kierunek i warto go trzymać. Najpierw znikają słowa, które da się wykreślić bez straty, potem zdania powtarzające sens sąsiada, na końcu sceny nieprzesuwające bohatera ani o krok. Na płótnie Courbeta Przesiewaczki zboża kobieta potrząsa wielkim okrągłym sitem, przez które lecą plewy, a ciężkie ziarno zostaje na dnie. Kolejność jest ta sama, bo najlżejsze odchodzi najwcześniej.

Granicę dobrze skróconego tekstu ktoś już nazwał. Antoine de Saint-Exupéry napisał w Ziemi, planecie ludzi, że doskonałość osiąga się nie wtedy, gdy nie można nic dodać, ale wtedy, gdy nie można nic ująć. Pisał o konstrukcji samolotu i o tym, jak długo trwa dochodzenie do prostego kształtu. Zdanie przywędrowało do warsztatu pisarskiego, bo dokładnie tak wygląda ostatni przebieg redakcji.

Poniżej tej granicy nożyczki wchodzą w mięsień. Wspaniałość Ambersonów Orsona Wellesa wróciła z montażu skrócona przez wytwórnię o kilkadziesiąt minut, z dokręconym pogodnym finałem i wyrzuconymi scenami upadku rodziny. Fabuła nadal się trzyma i da się ją opowiedzieć, tylko przestaje boleć. Wycięty materiał zniszczono, więc nikt tamtej wersji już nie zobaczy.

Skracanie idzie najlepiej wtedy, gdy tekst leżał tydzień w szufladzie. Na świeżo każde zdanie ma swoje uzasadnienie, bo autor pamięta, po co je napisał. Po przerwie widać, że dwa akapity mówią to samo innymi słowami, a jeden z nich powstał tylko dlatego, że autorowi dobrze się pisało. Ten drugi zwykle jest ładniejszy i to jego trzeba wyrzucić.

Efekt najlepiej słychać przy czytaniu na głos. Wersja krótsza o jedną dziesiątą idzie szybciej, bo znika z niej ta połowa sekundy, w której czytający potyka się o zbędne słowo. Aktor przy stole nie musi wtedy niczego ratować intonacją ani nabierać powietrza w środku myśli. Strona daje się przeczytać z rozpędu, a zrobiła to jedna dziesiąta objętości.