
Film po polsku ma koszty takie jak każdy inny i widownię jednego kraju. Gdyby liczył się wyłącznie rachunek, większość tego, co oglądamy w kinie, nigdy by nie powstała.
Z tej luki wzięło się finansowanie publiczne. Państwo dokłada do filmów, bo uznaje, że kultura w języku, którym mówi kilkadziesiąt milionów ludzi, nie utrzyma się z samych biletów. Robi to u nas Polski Instytut Sztuki Filmowej, powołany ustawą o kinematografii z 2005 roku, a obok niego fundusze regionalne, nadawcy publiczni i mechanizmy europejskie. Model nie jest polskim wynalazkiem i powtarza się w całej Europie.
Dotacja rządzi się inną logiką niż inwestycja i różnica sięga głębiej niż księgowość. Inwestor pyta o widownię, bo chce zwrotu, a instytucja publiczna pyta, czy film powstanie, czy zostanie pokazany i czy da się go rozliczyć co do złotówki. Pieniądze przychodzą transzami, po dokumentach. Faktury liczą się tu tak samo jak ujęcia. Producent, który tego nie przewidział, staje w połowie zdjęć z pustym kontem i kompletem obietnic.
Żadne z tych źródeł nie płaci za całość — budżet się montuje. Nad piętrem krajowym stoi europejskie. Eurimages, fundusz Rady Europy działający od 1988 roku, dokłada do koprodukcji między państwami członkowskimi, a unijna Kreatywna Europa finansuje rozwój projektów, szkolenia i dystrybucję. Każde piętro ma własny formularz i własny termin. Kontynent zbudował sobie w ten sposób kino, które nie musi wygrywać z amerykańskim na warunkach amerykańskich.
Dla piszącego najdotkliwszy jest kalendarz: nabory mają terminy, komisje obradują sesjami, decyzja przychodzi miesiącami po złożeniu wniosku, a odmowa oznacza czekanie na następną turę. Projekt starzeje się w kolejce. Tekst skończony w lutym trafia na plan trzy lata później, po dwóch odmowach i czterech wersjach. Mariusz Wilczyński rysował Zabij to i wyjedź z tego miasta kilkanaście lat i takiej cierpliwości nie kupi żaden prywatny kapitał.
Pieniądz zawsze ma gust, także ten publiczny. System oparty na komisjach premiuje projekty czytelne na papierze i podobne do tych, które już raz przeszły. Stąd stary zarzut, że kino z dotacji robi się ostrożne. Autor wpada w tę pułapkę najczęściej sam, kiedy dopisuje sobie kryteria, których nikt nie ogłosił, i pisze do wyobrażonej komisji zamiast do widza. Nikt go o taką uprzejmość nie prosił.
Sam pomysł jest znacznie starszy od kina. Na płótnie Giovanniego Battisty Tiepola Mecenas przedstawiający sztuki wyzwolone cesarzowi Augustowi rzymski opiekun poetów prowadzi przed władcę personifikacje malarstwa, rzeźby i architektury, a od jego imienia mamy słowo mecenat. Zmieniło się tyle, że dzisiaj zamiast kaprysu jednego protektora decyduje regulamin i punktacja. Razem z kaprysem zniknęła możliwość, że ktoś zapłaci za rzecz wyłącznie dlatego, że mu się spodobała.
Praktyczny wniosek dla scenarzysty jest jeden. Tekst musi przeżyć lata w szufladzie, kilku czytelników, którzy nie są widzami, i budżet składany z czterech kieszeni, a wytrzyma to tylko wtedy, gdy stoi na bohaterze, o którego da się martwić. Temat sezonu zestarzeje się w trakcie procedury. Polskie filmy, które oglądamy, to w większości te, które przetrwały czekanie.