Przejdź do treści

Spec script kontra zlecenie: dwa modele pracy scenarzysty

Gustave Courbet, Pracownia malarza (L'Atelier du peintre) 1855, Musée d'Orsay — w wielkiej pracowni malarz siedzi pośrodku przed dużym płótnem z pejzażem, za nim stoi naga modelka z białym prześcieradłem, u jego stóp mały chłopiec i biały kot; po lewej gromada rozmaitych postaci z psem, przy nich porzucone na podłodze gitara i sztylet, po prawej eleganckie towarzystwo i mężczyzna czytający książkę przy stole
Gustave Courbet, L'Atelier du peintre (Pracownia malarza, 1855), Musée d'Orsay, Paryż. U stóp sztalugi stoi mały chłopiec zapatrzony w płótno, obok kręci się biały kot, a po lewej stronie sali leżą na podłodze porzucone gitara, kapelusz z piórem i sztylet. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Większość scenariuszy napisanych z własnej woli nigdy nie znajdzie kupca. Karier, które zaczęły się właśnie od takiego tekstu, jest mimo to więcej niż wszystkich pozostałych razem wziętych. Spec script bywa towarem rzadko, a próbką pisma zawsze.

Spec script powstaje bez umowy, bez zaliczki i bez nikogo, kto by na niego czekał. Temat wybierasz sam, termin ustalasz sam i sam orzekasz, kiedy rzecz jest gotowa. Prawa zostają przy tobie aż do dnia sprzedaży albo podpisania opcji. Finansujesz to własnym czasem, jedynym zasobem, którego autorowi nikt później nie zwróci.

Zlecenie zaczyna się od czyjegoś prawa. Producent ma książkę, format albo pomysł i wynajmuje kogoś, kto to napisze. Pieniądze przychodzą w transzach, umowa ustala terminy oraz liczbę tur poprawek, a honorarium należy się niezależnie od tego, czy film kiedykolwiek powstanie. Prawa majątkowe przechodzą na zamawiającego, choć polskie prawo zostawia autorowi prawa osobiste, bo tych zbyć się nie da.

Napięcie między własnym wyborem a cudzym zleceniem widać na płótnie Pracownia malarza, gdzie Gustave Courbet posadził artystę pośrodku sali nad własnym pejzażem, odwróconego od stojącej obok modelki, a po drugiej stronie ustawił towarzystwo mecenasów i przyjaciół. Płaci wyłącznie jedna strona tej sali. Na sztaludze stoi tymczasem to, co malarz wybrał sobie sam.

Rynek wolnych scenariuszy miał w Ameryce dwie dekady prosperity. Shane Black sprzedał Zabójczą broń jako tekst pisany bez zamówienia i z dnia na dzień stał się najgłośniejszym młodym autorem w mieście. Joe Eszterhas dostał za Nagi instynkt trzy miliony dolarów, co było wtedy rekordem i rozgrzało wyobraźnię całego pokolenia. Oryginały szły do kupujących w piątek, a licytacja trwała przez weekend.

Potem to ostygło. Wytwórnie przeszły na własność intelektualną: adaptacje, kontynuacje, remake'i i uniwersa, w których widz zna bohatera przed kupieniem biletu. Oryginałów kupuje się od tego czasu garść rocznie. Zawodowiec żyje dziś z poprawiania cudzych tekstów, z adaptacji, z rozwijania projektów i z serialowych pokojów, a wolny scenariusz przetrwał w roli wizytówki. Na naszym rynku taka gorączka nie zdążyła nawet wybuchnąć, bo polski przemysł od początku stał na zamówieniach, koprodukcjach i publicznych pieniądzach na rozwój projektu.

Wizytówka bywa jednak skuteczna do samego końca. Diablo Cody napisała Juno jako debiutantka, bez zlecenia i bez znajomości w branży, a tekst został kupiony, sfilmowany i nagrodzony Oscarem za scenariusz oryginalny. Takie historie zdarzają się rzadko, ale każda z nich zaczynała się od kogoś, kto usiadł i napisał całość, zanim ktokolwiek o to poprosił.

Zlecenie ma za to własną szkołę i własne upokorzenia. Piszesz cudzy temat, przyjmujesz uwagi, oddajesz kolejne wersje i w każdej chwili możesz zostać zastąpiony przez następnego autora. Bracia Coen zrobili z tego czarną komedię w Bartonie Finku, gdzie dramaturg ściągnięty z Broadwayu ma napisać film o zapaśniku i słyszy od producenta, że w scenariuszu musi być ten jego charakterystyczny nastrój.

Zlecenia utrzymują warsztat w formie i płacą rachunki, tylko nie odpowiadają na pytanie, po co ktoś ten warsztat w ogóle zdobywał. Autorowi, któremu zabraknie tego jednego tekstu pisanego wyłącznie dla siebie, po kilku latach zostaje teczka złożona z odpowiedzi na cudze pytania i ani jedno zdanie, które sam postanowił zadać.