
Najgłośniejszy podręcznik scenariopisarstwa ostatniego ćwierćwiecza nie zajmuje się natchnieniem ani prawdą o człowieku. Zajmuje się numerami stron. Blake Snyder wydał Save the Cat! w 2005 roku i podał rozkład jazdy dokładniejszy niż ktokolwiek przed nim. Scenariusz liczy u niego 110 stron i piętnaście punktów, a każdy punkt ma przypisaną stronę, na której powinien wypaść. Rozpiskę ochrzcił skrótem BS2, bo jego własne inicjały i inicjały beat sheetu są te same.
Otwiera ją obraz z pierwszej strony — ten, który nadaje filmowi ton i wraca na końcu jako odbicie. Na piątej ktoś z drugiego planu wypowiada zdanie o tym, o czym rzecz naprawdę jest, a bohater przechodzi obok niego obojętnie. Do dziesiątej trwa zawiązanie, w którym Snyder każe pokazać sześć rzeczy wymagających w tym życiu naprawy. Na dwunastej uderza zapłon, potem idzie kilkanaście stron wahania, aż na dwudziestej piątej bohater przekracza próg i drugi akt zamyka się za jego plecami.
Dalsza część planu jest równie ciasna. Wątek B rusza na trzydziestej i to on zwykle niesie temat, którego linia główna nie wypowie wprost. Potem przychodzi to, co Snyder nazwał zabawą, dwadzieścia pięć stron, dla których widz kupił bilet, a po nich punkt środkowy na pięćdziesiątej piątej. Od tego miejsca pętla się zaciska aż do siedemdziesiątej piątej, gdzie wszystko zostaje stracone i gdzie autor rozpiski chce czuć zapach śmierci, dosłowny albo przenośny. Trzeci akt otwiera się na osiemdziesiątej piątej, a strona sto dziesiąta zamyka film obrazem odbijającym pierwszy.
Rozstaw punktów jest przy tym nierówny i to mówi o rozpisce więcej niż same nazwy. Pierwsza ćwiartka scenariusza dostaje sześć osobnych zdarzeń, a dwadzieścia pięć stron zabawy w samym środku ani jednego. Siatka jest najgęstsza tam, gdzie widz dopiero decyduje, czy zostaje w sali.
Rozpiska przyjęła się, bo działa jak diagram proporcji, a każdy taki diagram jest odrobinę fikcją. Sylwetka wpisana przez Leonarda da Vinci w koło i kwadrat w Człowieku witruwiańskim jest miarą idealną, do której żadne prawdziwe ciało nie dorasta co do milimetra. Snyder dołożył do swojej miary cały słownik warsztatowy. Zamiast gatunków wprowadził dziesięć rodzajów opowieści: od potwora w domu po człowieka zamkniętego w instytucji. Ekspozycję kazał chować za czymś, na co warto patrzeć, a cud dopuszczał w filmie tylko jeden.
Sukces obrócił się przeciwko metodzie. W 2013 roku Peter Suderman pokazał na łamach Slate, że kinowe przeboje tamtej dekady trafiają w te same punkty niemal co do minuty, a seans zaczyna przypominać odhaczanie listy obecności. Snyder tego tekstu już nie przeczytał, bo zmarł cztery lata wcześniej. Zarzut trafiał zresztą w łatwość, z jaką piętnaście gotowych punktów zastępuje pomysł na film.
Poza amerykańskim kinem gatunkowym plan rozłazi się szybko. Paweł Pawlikowski zamknął Idę w osiemdziesięciu minutach, więc strona pięćdziesiąta piąta nie ma tam czego oznaczać, a przełom przychodzi wtedy, kiedy dojrzeje. Seriale ze streamingu chodzą własnym rytmem z innego powodu, bo odcinek nie musi domykać łuku, który otworzył, i wolno mu zostawić widza w pół kroku.
Znajomość rozpiski przydaje się nawet tym, którzy nią gardzą. Kiedy scenariusz zaczyna się wlec, numery Snydera podpowiadają, w którym miejscu widz zdążył to zauważyć i o ile stron spóźnia się najbliższa zmiana. Przez dwadzieścia lat Hollywood uznawało ten jeden pożytek za wystarczający powód, żeby trzymać tę książkę pod ręką.