Przejdź do treści

Struktura szkatułkowa (opowieści zagnieżdżone)

Frans Francken młodszy, Komnata sztuki i osobliwości, XVII w., olej na desce — cała ściana obwieszona obrazami w ramach: pejzaże, zimowy widok, płonące miasto, portret mężczyzny z klejnotem w palcach, a między nimi przypięty do ściany zasuszony konik morski. Na stole pod ścianą leżą dziesiątki muszli, medale i chińska misa, a przez łukowate przejście po prawej widać sąsiednią salę, gdzie kilka osób ogląda naczynia na półkach
Przy prawej krawędzi otwierają się drzwi do następnej sali, gdzie wszystko zaczyna się od nowa. Frans Francken młodszy, Komnata sztuki i osobliwości (XVII w.). Obrazy na każdej ścianie, na stole muszle, monety i zasuszony konik morski. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Wewnątrz opowieści siedzi następna, w tamtej kolejna, a bywa, że pod spodem jest jeszcze jedna. Pudełko w pudełku, poziom w poziomie. Szkatułka robi z takiego zagnieżdżenia zasadę budowy całej rzeczy. Rama narracyjna ma jedno obramowanie — ktoś siada, opowiada, a na końcu wracamy do niego. Tutaj obramowań jest tyle, ile pięter.

Najstarszy wzorzec tej formy trzyma się na tym, że rama ma własną stawkę. W Księdze tysiąca i jednej nocy Szeherezada opowiada, bo od opowiadania zależy jej życie, i co noc przerywa historię przed rozwiązaniem. Wewnątrz jej baśni bohaterowie snują następne, więc konstrukcja rośnie w głąb sama z siebie. Gdyby rama była tylko pretekstem, całość rozsypałaby się na antologię.

Mary Shelley w Frankensteinie zbudowała trzy piętra i użyła ich do przesunięcia sympatii czytelnika. Na wierzchu są listy podróżnika z Arktyki, w środku relacja Victora, a najgłębiej opowieść samego stwora o tym, jak uczył się mowy i jak go odtrącono. Im niżej schodzimy, tym mniej pewne staje się, kto tu jest potworem. Zejście o poziom nie było ozdobą, tylko jedynym sposobem, żeby oddać głos komuś, komu wszyscy go odmawiają.

Konstrukcja psuje się wtedy, gdy piętra nic nie robią. Wewnętrzne historie bywają luźnymi dygresjami, ładnymi z osobna i obojętnymi dla całości, a samo zagnieżdżenie zostaje popisem stolarskim. Żywa szkatułka każe poziomom odbijać się nawzajem. Na płótnie Fransa Franckena młodszego Komnata sztuki i osobliwości ściany są obwieszone obrazami tak gęsto, że każdy z nich staje się osobną sceną wewnątrz jednej sceny. W opowieści taki nadmiar musi jednak coś znaczyć, bo inaczej zostaje samo piętrzenie.

Każde zejście w głąb dokłada filtr. Historia z trzeciego poziomu dociera do nas przez trzy pary ust, a każde z nich mogło coś przemilczeć albo podkolorować. Relację Marlowa z Jądra ciemności Josepha Conrada słyszymy przez bezimiennego słuchacza na pokładzie statku stojącego na Tamizie. Nic nie dociera do czytelnika bezpośrednio, i właśnie dlatego książka staje się opowieścią o tym, jak trudno cokolwiek zrelacjonować uczciwie.

Ryzyko jest dokładnie po drugiej stronie. Można zagnieździć tak głęboko i tak niedbale, że odbiorca przestaje wiedzieć, na którym piętrze siedzi i czyje słowa właśnie słyszy. Misterna robota zamienia się wtedy w szum. Każde zejście niżej i każdy powrót w górę trzeba oznaczyć czymś twardym, co da się wyłapać bez wysiłku. Zmiana narratora jest najprostsza, bo działa również wtedy, gdy tekst słyszymy, a nie widzimy.

Oznaczanie pięter bywa samo w sobie przyjemnością. Sześć opowieści z różnych epok w Atlasie chmur Davida Mitchella urywa się w połowie, jedna po drugiej, aż w środku książki stoi ta najgłębsza, opowiedziana w całości. Potem wszystkie wracają w odwrotnej kolejności i domykają się po kolei. Czytelnik się nie gubi, bo symetria sama w sobie jest mapą.

Najdalej zaszedł w tym Jan Potocki w Rękopisie znalezionym w Saragossie, a za nim Wojciech Has w ekranizacji. Bohater słucha historii, w której ktoś snuje następną, a w tamtej pada jeszcze kolejna, aż grunt naprawdę zaczyna uciekać spod nóg. Mimo to zawsze wiadomo, do której ramy się wraca. Gdy tej pewności zabraknie, zagnieżdżenie przestaje być konstrukcją i staje się wymówką dla braku jednej dobrej opowieści.