Przejdź do treści

Ekonomia świata: pieniądz, handel i zasoby, które napędzają fabułę

Job Adriaensz. Berckheyde, Dziedziniec starej giełdy w Amsterdamie, ok. 1670 - widok spod ciemnego sklepienia krużganka na kwadratowy dziedziniec wyłożony szachownicą jasnych i ciemnych płyt; po prawej, w ostrym słońcu pod arkadami, stoi gęsty tłum mężczyzn w czarnych płaszczach i szerokich kapeluszach, a pośród nich mężczyzna w białym turbanie i błękitnym kaftanie oraz mężczyzna w długiej żółtej szacie; środkiem pustego bruku idzie dwóch mężczyzn w długich czarnych płaszczach, po lewej dwaj starsi mężczyźni w białych kołnierzach siedzą na kamiennej ławie przy żelaznej barierce, w tle dwukondygnacyjna arkadowa fasada z mansardowymi oknami i skrawkiem nieba
Job Adriaensz. Berckheyde, Dziedziniec starej giełdy w Amsterdamie (ok. 1670), Museum Boijmans Van Beuningen w Rotterdamie. Trzy czwarte dziedzińca stoi puste, a cały tłum kupców ścisnął się w jednym nasłonecznionym pasie krużganka, w którego środku dwaj przyjezdni, jeden w turbanie, drugi w żółtej szacie, oglądają coś trzymanego między nimi. Ustalano tutaj ceny ładunków leżących w magazynach albo płynących jeszcze przez morze, a cała ta gospodarka trzymała się na tym, że kilkuset ludzi zgodziło się co do jednej liczby. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Fabuła potrafi być w całości zbudowana z pieniędzy, których nikt jeszcze nie ma. Émile Zola w Pieniądzu posadził swojego spekulanta nad prospektem banku i kazał mu sprzedawać udziały w przedsięwzięciach z drugiego końca mapy. Wszystko, co dzieje się dalej, wynika z tego, kto komu pożyczył i na jaki procent. Kurs rośnie dopóty, dopóki wszyscy wierzą, że urośnie.

Pisarze wylewają całą troskę na magię i na królów, a milkną przy pytaniu, kto piecze chleb dla stutysięcznego miasta. Żołd trzeba wypłacić co miesiąc, zbroję ktoś wykuł i policzył, a koń zjada dziennie więcej, niż się autorom wydaje. Świat, w którym te rzeczy nie mają źródła, stoi na powietrzu.

Sam pieniądz nie ma żadnej mocy. Złota moneta, banknot i garść soli są coś warte wyłącznie dlatego, że wszyscy zgodzili się tak je traktować. Umowę da się złamać, więc psucie monety rujnuje państwo równie skutecznie jak obca armia. Rzymscy cesarze robili to latami, dosypując miedzi do srebra, aż żołnierze przestali chcieć żołdu w gotówce.

Niedobór jest najstarszym napędem fabuły. John Steinbeck w Gronach gniewu nie potrzebował złoczyńcy, bo wystarczyły susza, dług i traktor wjeżdżający na cudze pole. Rodzina traci ziemię, rusza na zachód i po drodze przekonuje się, że tanie ręce do pracy są tam warte mniej niż skrzynka brzoskwiń.

Materialny świat pokazuje się przez nacisk na konkretnych ludzi. Podatek, po którym gospodarstwo już się nie podnosi. Moneta kupująca połowę tego co rok wcześniej. Przecięty szlak, po którym miasto zaczyna liczyć bochenki. Tabela ceł nie zrobi nigdy tego, co jedna scena przy pustym straganie.

Jeden towar potrafi ustawić cały ustrój. Polska przed rozbiorami żyła ze zboża spławianego Wisłą do Gdańska, a jej folwark i pozycja szlachty wyrosły wprost z tego eksportu. Pod ziemią leżał drugi filar dochodu korony — sól z królewskich kopalń, wożona i sprzedawana w całej Europie. Kto chce zrozumieć kraj, pyta najpierw, co ten kraj sprzedaje.

Dług jest cichszym łańcuchem niż więzienie. Kto komu pożyczył, ten trzyma dłużnika dłużej i pewniej niż jakikolwiek strażnik, a monarchowie zawsze byli najgorszymi klientami. Florenckie domy bankierskie upadały dlatego, że król przestawał spłacać wojnę, którą sam wywołał. Bank finansujący koronę jest w opowieści postacią, nie instytucją.

To, co w danym świecie uchodzi za walutę, charakteryzuje go jednym pociągnięciem. Miejsce, w którym płaci się wodą, solą albo dniami pracy, zdradza o swoich mieszkańcach wszystko, zanim padnie słowo o ich religii. Wystarczy potem sprawdzić, kto tę walutę wydobywa i kto pilnuje wagi.

Kłopot zaczyna się przy majątku, który przychodzi sam. Bogactwo pojawia się dokładnie wtedy, gdy fabuła go potrzebuje, nikt nie sieje ani nie wydobywa, a skarbiec napełnia się między rozdziałami. Decyzje bohatera nie ważą wtedy ani grama, bo wszystko da się odkupić w następnym rozdziale.

Widz nigdy nie policzy podatków ani ceł, ale natychmiast zobaczy, że komuś zabrakło. Pusty stół, zastawiony zegarek i cena podana przez kupca robią robotę za cały rozdział o gospodarce. Sceny, które zostają w pamięci na lata, to zwykle te, w których ktoś nie miał czym zapłacić.