
Poziom techniki rozstrzyga, co w danym świecie jest możliwe. Od tego zależy, czy wiadomość jedzie miesiąc na koniu, czy przecina planetę w mgnieniu. Rana w brzuch znaczy w jednym świecie wyrok, a w drugim tydzień w łóżku. Zanim autor wymyśli pierwszą intrygę, technika ustaliła już, które intrygi mają w tym świecie sens.
Jedna decyzja o technice potrafi zbudować całą resztę. Myślących maszyn nie ma w Diunie Franka Herberta wcale, bo ludzkość zakazała ich po świętej wojnie stoczonej tysiące lat wcześniej. Skutki idą przez wszystko. Bohaterowie przemierzają gwiazdy — a biją się nożami, bo osobiste tarcze zatrzymują to, co leci szybko. Rachunki, których nie wolno powierzyć maszynie, prowadzą ludzie wyszkoleni do tego od dziecka.
Wymyślona technika potrafi wyjść daleko poza własną książkę. William Gibson nazwał przestrzeń wewnątrz maszyn cyberprzestrzenią i obudował ją w Neuromancerze neonem i włamywaczami do cudzych sieci, a wyobraźnia zbiorowa widziała potem przyszłość mniej więcej tak przez dwie dekady. Stanisław Lem w Cyberiadzie produkował maszyny hurtowo, od konstruktorów budujących smoki po urządzenie układające wiersze na zamówienie. Żadne z tych urządzeń nie ma instrukcji obsługi, a mimo to czytelnik wie o nich dość, żeby się domyślić, czego nie potrafią.
Technika w opowieści rzadko jest stanem. Prawie zawsze jest przejściem, w którym nowa rzecz odsyła starą na emeryturę. Widać to na Ostatniej drodze Temeraire'a J.M.W. Turnera, gdzie weteran spod Trafalgaru płynie na złom za małym czarnym parowcem, a nad rzeką zachodzi słońce i wschodzi blady księżyc. Wiek żagla nie przegrywa bitwy, tylko dostaje hol.
Za każdym wynalazkiem stoi ktoś, kto z niego żył jeszcze wczoraj. Szkutnik, latarnik, zecer, poganiacz koni pocztowych. Każdy z nich umie coś, na co świat przestał mieć zapotrzebowanie, i dowiaduje się o tym pierwszy. Ta strata jest dla opowieści cenniejsza niż sam wynalazek, bo człowiek zostawiony po starej stronie zmiany ma powód, żeby działać, i zwykle nie ma już wiele do stracenia.
Prawdziwy wynalazek przebudowuje wszystko wokół siebie. Druku ani natychmiastowej łączności nie da się wstawić w świat feudalny i zostawić reszty bez zmian, bo każde z tych narzędzi rozniosłoby taki porządek w jedno pokolenie. Wymyślone światy sypią się właśnie w tym miejscu, bo ekscytujący sprzęt leży w nich obok społeczeństwa, którego nawet nie drasnął.
Granica między techniką a magią jest cieńsza, niż się wydaje. Arthur C. Clarke zapisał w trzecim ze swoich praw, że technologia dostatecznie zaawansowana staje się nieodróżnialna od magii, a w wymyślonym świecie działa to w obie strony. Czytelnik przyjmie każdy cud, o ile ten cud ma swoje reguły i swoje granice.
Technika rozkłada się nierówno, tak jak zawsze rozkładała się naprawdę. Jedna prowincja ma kolej, a sąsiednia dolina młóci cepem i płaci monetą sprzed dwóch wojen. Z takiego uskoku bierze się połowa napięć w opowieści, bo ludzie po obu jego stronach inaczej liczą czas, odległość i cudzą pracę. Nowinka przyjeżdża zwykle razem z kimś, kto zamierza na niej zarobić.
Najciekawsza scena z nową maszyną rzadko pokazuje samą maszynę. Pokazuje człowieka, który przez nią właśnie stracił zawód i ma tydzień na wymyślenie sobie nowego życia. Widz nie musi rozumieć, jak maszyna działa, żeby zobaczyć, co przez nią przepadło. Cały poziom techniczny wymyślonego świata mieści się w tej jednej stracie.