
Krajobraz to jeszcze nie ekologia. Ekologia zaczyna się w chwili, gdy komuś w twoim świecie zaczyna brakować wody, drewna albo dobrej ziemi.
Klimat i teren rozstrzygają, co urośnie, kto przeżyje zimę i czego zabraknie w marcu. Z tych rozstrzygnięć bierze się reszta, bo ludzie układają życie wokół tego, czego mają za mało. Knut Hamsun w Błogosławieństwie ziemi posadził osadnika na nieużytku na dalekiej północy i liczył razem z nim kamienie, kozy i worki ziarna. Fabuła posuwa się o tyle, o ile ustępuje las i o ile pozwala krótkie lato. Urzędnicy i sąsiedzi zjawiają się tam później i zastają porządek ustalony wcześniej przez glebę.
Środowisko jest systemem, więc każda zmiana rozchodzi się dalej, niż ktokolwiek zaplanował. Osadnicy w Czerwonym Marsie Kima Stanleya Robinsona kłócą się o to, czy wolno ogrzać planetę, a ten jeden spór starcza autorowi na trzy powieści. Decyzja o atmosferze pociąga wodę, woda pociąga rośliny, a za roślinami idzie polityka. Wystarczy, że jedno ogniwo takiego łańcucha wypadnie, a wymyślony świat przestaje być wiarygodny. Ogromny drapieżnik na pustym stepie nie ma czego jeść, a dżungla bez rzeki nie ma z czego rosnąć.
Bywa, że przyroda odpowiada na to, co się jej robi. John Wyndham w Dniu tryfidów opisał roślinę hodowaną dla oleju, która zajmuje zwolnione miejsce, gdy ludzkość z dnia na dzień traci wzrok. Jeff VanderMeer w Unicestwieniu poszedł dalej i zamknął kawałek wybrzeża w strefie, która przerabia każdego, kto do niej wejdzie. Otoczenie staje się w takich książkach stroną konfliktu i ma własne interesy, choć nikt mu ich nie przypisał wprost.
Częściej jednak przyroda nie odpowiada wcale i to bywa trudniejsze do napisania. Ernest Hemingway w Starym człowieku i morzu wypuścił rybaka daleko od brzegu i nie dał mu ani jednego wroga. Ryba ciągnie, bo taka jest, rekiny przypływają, bo w wodzie jest krew, a morze nie ma wobec starca żadnych zamiarów. Klęska bierze się z odległości i z prądu, a nie z czyjejś złej woli. Obojętność wymaga od autora więcej cierpliwości niż burza z gniewem.
Kto panuje nad najrzadszym zasobem, ten rządzi, a tę mechanikę prowadzi osobne hasło o ekonomii świata. Przyroda ma jednak własne narzędzia nacisku, cichsze niż studnia czy przełęcz. Bagno pod wsią nikogo nie pożera, tylko co roku zabiera dzieci na febrę. Stefan Żeromski w Ludziach bezdomnych posadził młodego lekarza w uzdrowisku, w którym ścieki spływają do stawów, a chorują na tym mieszkańcy pobliskiej wsi. Gdzie postawić dom i kiedy wyprawić wesele, rozstrzyga w takim świecie układ wody, wiatru i gorączki.
Rok też musi mieć konsekwencje. Jeśli w świecie są pory roku, powinny zmieniać, co ludzie jedzą i kiedy ruszają na wojnę. Powódź przychodząca co siedem lat buduje inne miasto niż powódź raz na stulecie. Klęska, która wraca co pokolenie, zostawia po sobie inne prawo i inne przysłowia. W scenariuszach przyroda zwykle ładnie wygląda i nie robi nic ponadto — góry są malownicze, las jest gęsty, a nikt w tej okolicy nie liczy dni do żniw ani wiader w studni.
Środowisko widać po tym, że bohaterowie się z nim liczą. Pasterz patrzy w niebo, zanim wyjdzie z owcami, rolnik liczy dni do deszczu, a wojsko rusza dopiero wtedy, gdy przeschną drogi. Takie spojrzenia zajmują w tekście kilka zdań i dają światu ciężar, którego nie zastąpi najdłuższy opis okolicy. Bez nich zostaje pogoda za oknem.