Przejdź do treści

Rasy i ludy: jak stworzyć obcego, który jest naprawdę obcy

Kanō Naizen, Przybycie południowych barbarzyńców, ok. 1600, Museu Nacional de Arte Antiga w Lizbonie - trzy panele parawanu na złotym tle: czarny portugalski karak na redzie, a na brzegu procesja przybyszów w bufiastych spodniach i kryzach, z wielbłądami, wołem i koniem w bogatym czapraku; z boku przygląda się im mężczyzna w słomianym kapeluszu
Kanō Naizen, Przybycie południowych barbarzyńców (ok. 1600), Museu Nacional de Arte Antiga, Lizbona; kadr z trzech paneli parawanu. Czarny karak stoi na redzie wśród złotych obłoków, po jego linach uwija się kilkunastu majtków, a od burty odbija mała łódź z wiosłem. Na brzegu czekają mężczyźni w długich czarnych szatach, przy samej wodzie leży wół, a z boku przygląda się wszystkiemu człowiek w słomianym kapeluszu. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-old, PD-Art)
Odsłuchaj

Obcy zaczyna działać dopiero wtedy, gdy to on dziwi się nam. Dopóki dziwi nas wyłącznie jego wygląd, mamy człowieka w kostiumie.

Obcość siedzi w tym, czego dany lud nikomu nie tłumaczy, bo uważa za oczywiste. Jonathan Swift w Podróżach Guliwera dał rozumnym koniom mowę, w której nie ma słowa na kłamstwo, więc bohater opisuje je omownie jako mówienie rzeczy, której nie ma. Gospodarze wcale tego czynu nie potępiają, oni go nie pojmują, bo mowa służy u nich wyłącznie przekazywaniu tego, co jest. Jedno brakujące słowo charakteryzuje ich lepiej niż opis kopyt i grzywy.

Ciało dyktuje resztę i schodzi to głębiej, niż widać na pierwszy rzut oka. Octavia Butler w Świcie wymyśliła gatunek, dla którego wymiana materiału genetycznego jest naraz popędem, handlem i moralnością. Oankali ratują resztki ludzkości po wojnie atomowej i żądają za to wspólnego potomstwa, bo inaczej nie umieją się z nikim spotkać. Nie ma w tym okrucieństwa ani litości, jest sposób istnienia, którego nie mamy z czym porównać.

Najgłębsza obcość zostaje nieprzenikniona nawet przy pełnym kontakcie. Arthur Clarke w Końcu dzieciństwa zawiesił nad miastami statki przybyszów, którzy rządzą łagodnie, odpowiadają na pytania i przez pół wieku nie pokazują twarzy. Ludzkość dostaje pokój i dobrobyt, a przez większą część powieści nie wie, czemu to wszystko służy. Cel gości okazuje się w końcu nie do pogodzenia z niczym, czego ludzie mogliby dla siebie chcieć.

Obcość jest wzajemna i najwyraźniej widać ją z drugiej strony lunety. Kanō Naizen malował Portugalczyków schodzących na japoński brzeg równie pilnie, jak my dziś opisujemy przybyszów z kosmosu, i wynotował im bufiaste spodnie, kryzy, wielbłądy i konia w bogatym czapraku. Kto raz obejrzy siebie takim wzrokiem, przestaje ubierać obcego w kostium i zaczyna pytać, czego ta istota od nas chce. Potwór chce nas zabić — i jest to pragnienie całkowicie ludzkie. Istota, która chce od nas odpowiedzi, sporu albo materiału genetycznego, należy już do innego porządku.

Przebranie wychodzi na jaw wtedy, gdy wymyślony lud dostaje akcent, nos i zawód realnej grupy ludzi, a różni się od niej wyłącznie skórą. Jeszcze gorzej wypada rasa, w której wszyscy mają tę samą naturę, bo wszyscy są chciwi albo wszyscy szlachetni. Konstrukcja jest wtedy martwa dramaturgicznie, a przy okazji powtarza sposób myślenia, który poza książką narobił dużo szkody. Ratunek bywa prosty i polega na tym, żeby wewnątrz obcego ludu też byli odszczepieńcy, stronnictwa i zdrajcy.

Lekarstwo na człowieka w kostiumie jest niewygodne, bo każe wymyślić tylko jedną rzecz i trzymać się jej do końca. Bierzesz jedno założenie o ciele albo o umyśle i prowadzisz je przez obyczaj, prawo i kuchnię. Lud, który rodzi setkę dzieci naraz, inaczej liczy stratę pojedynczego dziecka. Lud, który śpi raz na dziesięć dni, inaczej dzieli dobę i inaczej pilnuje granicy. Wszystko dalsze wynika już samo, bez wymyślania.

Najlepiej widać to przy stole negocjacji. Gdy człowiek i obcy zaczynają rozmawiać o cenie, natychmiast wychodzi, czy druga strona w ogóle uznaje cenę za pojęcie. Obcy, który przystaje na nasz sposób liczenia i nasz sposób grożenia, był nasz od pierwszego zdania. Ten prawdziwie obcy wstaje w połowie rozmowy i wychodzi, bo mówiliśmy o rzeczy, której u niego nie ma.