
Kodeks jest spisany, poczucie krzywdy nigdy. Prawo mówi, co wolno, a sprawiedliwość mówi, co się komu należy. Opowieść mieszka w szczelinie, którą przepis zostawia poczuciu krzywdy. Wszystkie dobre sceny sądowe rosną z tej różnicy.
Sofokles zbudował na tej szczelinie całą Antygonę. Król zakazuje pochować zdrajcę, siostra grzebie brata mimo zakazu, oboje mają rację w granicach własnego porządku. Wyrok jest zgodny z prawem i jednocześnie nie do zniesienia. Widz nie potrafi stanąć wyłącznie po jednej stronie i o to właśnie chodzi. Sprawa wraca w każdym stuleciu, bo przepis nigdy nie nadąży za tym, co ludzie uważają za słuszne.
Świat zdradza się przez to, co nazywa zbrodnią. Jedna kultura karze surowiej za kradzież konia niż za pobicie sąsiada, druga nie ma w ogóle słowa na obrazę majestatu. Trzecia ściga za czary i za długi, a zabójstwo załatwia ugodą między rodami. Lista przewinień jest wyznaniem, co komu naprawdę drogie i czego się boi. Warto ją napisać wcześniej niż mapę, bo z niej wynika połowa konfliktów.
Katalog kar dopowiada resztę. Grzywna, wygnanie, napiętnowanie, szubienica i okup płacony rodzinie zabitego to pięć różnych odpowiedzi na to samo zabójstwo. Dawni Germanie wyceniali życie człowieka w srebrze, a stawka zależała od jego stanu. Taki cennik wykłada hierarchię w liczbach, a liczby trudno podważyć.
Osobno trzeba rozstrzygnąć, kto właściwie sądzi. Król osobiście, ława sąsiadów, kapłan odczytujący wolę boga i wynik zbrojnego pojedynku prowadzą do zupełnie innych światów. Kto ma prawo skazywać, ten trzyma władzę bardzo konkretną, choćby nie nosił korony. Na rozprawie obie strony muszą mówić i obie mogą przegrać przez jedno zdanie.
Sąd bywa w wymyślonych światach jedyną instytucją, której nikt nie wymyślił. Adwokat, dowód rzeczowy i domniemanie niewinności przeniesione bez zmian z naszej sali rozpraw nie mówią o obcym świecie nic. Rozprawa jest wtedy zwykłą scenerią — sądzą w niej obcy ludzie, tylko według naszego regulaminu. Sąd, w którym przysięga, dowód i wyrok działają po swojemu, opowiada świat w jedno popołudnie.
Prawo najlepiej widać w jednej konkretnej sprawie. Na obrazie Nicolasa Poussina Sąd Salomona król nie sięga po żadną księgę. Każe unieść miecz nad niemowlęciem i patrzy, która z dwóch kobiet pierwsza krzyknie, żeby przestać. Wyrok zapada w geście, a prawda wychodzi na wierzch, bo ktoś zastawił na nią pułapkę. Jedna dobrze wybrana sprawa obnaża cały porządek, od hierarchii po to, w co ci ludzie wierzą.
Franz Kafka w Procesie odwrócił to doszczętnie. Jego bohater zostaje aresztowany i nigdy nie dowiaduje się, o co jest oskarżony, a machina skazuje go z urzędniczą obojętnością. Bezimienna procedura okazuje się straszniejsza od tyrana, bo z tyranem dałoby się przynajmniej porozmawiać. Tutaj nie ma nikogo, kogo można by przekonać.
Prawo żyje w rytuale i dlatego da się je złamać w sposób, który mrozi. Przysięga, prawo gościa i nietykalność posła obowiązują bez sędziego i bez świadków. Kto je łamie, przekracza coś starszego od kodeksu, a widownia odczuwa to fizycznie. Każda luka w takim porządku jest zaproszeniem dla kogoś, kto umie czytać między wierszami.