
Pierwszy szkic ma tylko jedno zadanie i nie jest nim jakość. Ma powstać w całości, od pierwszej sceny do ostatniej. Pusta strona nie poddaje się żadnej obróbce. Nie da się jej skrócić, przestawić ani wygładzić, bo nie ma na niej czego chwycić. Strona zapisana źle daje się poprawić jeszcze tego samego wieczoru.
Pisanie i poprawianie chodzą na dwóch różnych biegach: pierwsze potrzebuje rozpędu i sporej pobłażliwości wobec siebie. Drugie potrzebuje chłodu i gotowości do skreślania całych stron. Kto włącza oba naraz, dostaje rękę zatrzymywaną w połowie zdania przez własnego recenzenta. Zdanie nie zdąży dobiec do kropki, a już jest oceniane.
Anne Lamott nazwała tę fazę w Bird by Bird brzydkim pierwszym szkicem i uznała prawo do niej za warunek jakiegokolwiek pisania. Chodziło jej o zgodę na wersję, której nikt poza autorem nigdy nie zobaczy. Stephen King w Jak pisać radzi to samo innym obrazem, każąc pisać przy zamkniętych drzwiach, a przepisywać przy otwartych. Zamknięte drzwi znaczą tyle, że w pokoju nie ma jeszcze żadnej publiczności.
Szkic w czystej postaci wygląda jak coś, czego autor nie zdążył zamalować. Leonardo da Vinci zostawił Pokłon Trzech Króli na brunatnym podrysie, w którym jedne postacie są dopracowane, a inne istnieją jako kilka kresek. Kompozycja mimo to trzyma się w całości i widać po niej każdą decyzję podjętą w biegu. Brudnopis scenariusza ma tę samą właściwość, bo pokazuje kształt, zanim pojawi się wykończenie.
Wisława Szymborska przez lata odpowiadała w Poczcie literackiej na listy debiutantów i raz po raz sprowadzała rzecz na ziemię. Poeta był u niej kimś, kto poprawia, a nie kimś, kto czeka na natchnienie. Autorom przysyłającym pierwszą i jedyną wersję wiersza tłumaczyła cierpliwie, że praca zaczyna się po niej. Nazwa tego portalu opisuje zresztą dokładnie ten moment, czyli początek, a nie koniec.
Najwięcej brudnopisów ginie na pierwszej stronie i nigdy nie dociera dalej. Autor poprawia ją tydzień, potem drugi, i po miesiącu ma cztery bezbłędne akapity oraz żadnej opowieści. Cyzelowanie daje przy tym pełne poczucie pracy, bo tekst rzeczywiście robi się lepszy z każdym podejściem. Rośnie jednak wyłącznie wszerz i ani o krok do przodu.
Szkic ma jeszcze jedną robotę, o której rzadko się mówi na kursach. Dopiero napisany w całości pokazuje, o czym ta historia naprawdę jest. Wątek uznany za poboczny okazuje się głównym, a scena kluczowa w konspekcie schodzi po zapisaniu do trzech linijek. Konspekt tego nie zdradzi, bo w konspekcie wszystko jest jeszcze możliwe.
Osobna pułapka czeka wtedy, gdy autor zaczyna traktować własną brudną wersję jak rzecz gotową. Zdania, które kosztowały najwięcej trudu, bronią się przed skreśleniem najskuteczniej, bo pamięta się wieczór, w którym powstały. Włożony w akapit wysiłek nie mówi jednak niczego o jego pożytku dla całości. Redakcja zaczyna się dokładnie w chwili, gdy autor przestaje pamiętać, ile go które zdanie kosztowało.
Praktyczny wniosek z tego wszystkiego jest mało romantyczny i dobrze znany każdemu redaktorowi. Dopóki nie ma całości, nie ma czego oceniać, więc każdy sąd wydany w połowie dotyczy fragmentu wyjętego z nieistniejącego jeszcze kontekstu. Kto dobrnie do ostatniej sceny brzydkiej wersji, ma w ręku materiał do pracy. Kto ma trzy świetne strony, ma trzy świetne strony.