
Zegar wybija jedenastą, a doktor Faust ma godzinę do chwili, gdy przyjdą po niego diabły. *Christopher Marlowe zamknął finał Tragicznej historii doktora Fausta w tej jednej godzinie, odmierzanej na głos.* Bohater błaga, żeby czas stanął, potem zegar wybija wpół, wreszcie dwunastą. Grozę niesie tam nie piekło, tylko liczba, która maleje.
Tykający zegar to twardy termin nałożony na cel bohatera. Rozbroić ładunek przed północą, dowieźć lekarstwo przed świtem, zdążyć na ostatni prom. Z czasem rzeczywistym łączy go niewiele, bo tamten tryb dotyczy trwania, a ten wyłącznie granicy. Odliczanie może obejmować dziesięć minut albo dziesięć tygodni i nie musi w niczym zgadzać się z długością filmu. Bywa, że oba narzędzia pracują naraz, jak przy rozbrajaniu ładunku pokazanym minuta w minutę, ale każde z nich radzi sobie również samo.
Termin, o którym wie tylko bohater, nie napina niczego. Widownia musi znać limit i patrzeć, jak topnieje, więc potrzebny jest przedmiot pokazujący ubytek. Harmen Steenwijck ułożył swoją Vanitas z czaszki, lutni, ksiąg i japońskiego miecza — a między nimi położył niewielki zegarek. Nikt na tym płótnie nie krzyczy o pośpiechu, a i tak wiadomo, że wszystko na stole ma datę ważności.
Odliczanie nie musi być mierzone w minutach. Juliusz Verne oparł W 80 dni dookoła świata na zakładzie o majątek, a presję niosą tam rozkłady jazdy i zdzierane kartki kalendarza. Ostatni dzień okazuje się zresztą sprytniejszy od bohatera, bo podróż na wschód dołożyła mu dobę, której nie policzył. Zegar biegnący przez tygodnie potrafi ściskać równie mocno jak ten z wyświetlaczem.
Sam limit nikogo nie straszy, dopóki nie wiadomo, co się stanie przy zerze. Kopciuszek u Charles'a Perraulta dostaje północ razem z ostrzeżeniem, że o dwunastej kareta wróci do postaci dyni, konie zmienią się w myszy, a suknia w łachman. Termin trzyma, bo strata jest konkretna i wydarzy się na oczach całego dworu, przed którym dziewczyna właśnie zaistniała. Gdyby o dwunastej nie działo się nic poza końcem zabawy, zegar mógłby wybijać dowolną godzinę.
Bywa też zegar, który wcale nie wygląda jak zegar. W Speed Jana de Bonta ładunek pod autobusem uzbraja się po przekroczeniu pewnej prędkości i wybucha, gdy wskazówka spadnie poniżej niej. Odliczanie zamienia się w prędkościomierz, a napięcie budują korki, zakręty i każdy zwykły powód, dla którego autobus musiałby zwolnić. Zasada zostaje ta sama, zmienia się tylko tarcza.
Najgorzej wypada zegar rozciągliwy. Jeśli powiedziano nam, że zostało dziesięć minut, przez ekran nie może potem przepłynąć godzina zdarzeń, bo oba zegary rozjeżdżają się na oczach widowni. Podobnie kończy termin doczepiony bez powodu, obowiązujący wyłącznie dlatego, że drugi akt potrzebował pośpiechu. Napięcie z takiego odliczania schodzi w kilka scen i już nie wraca.
Praktyczny pożytek z tykającego zegara bywa większy, niż się wydaje. Ron Howard oparł drugą połowę Apollo 13 na zapasach, które da się policzyć, bo załodze ubywa prądu i wody, a powietrze w kabinie robi się coraz mniej zdatne do oddychania. Historia bez takiej granicy zawsze może się wydarzyć w przyszłym tygodniu, a to jest najkrótsza droga do wiotkiego środka. Termin odbiera bohaterowi prawo do zwłoki i przy okazji odbiera je piszącemu.