Przejdź do treści

Adaptacja literatury faktu

Mapa nieba z atlasu Andreasa Cellariusa Harmonia Macrocosmica, 1660, kolorowany miedzioryt - okrągła tarcza północnej półkuli nieba wypełniona barwnymi rysunkami zwierząt i postaci z rozsypanymi po nich gwiazdami, wśród nich niedźwiedzica, lew, czerwony skorpion, krab i centaur z łukiem; wokół tarczy obłoki i putta z tkaninami, u góry dwie zielone banderole z łacińskim tytułem
Mapa nieba z atlasu Andreasa Cellariusa Harmonia Macrocosmica (1660). Na niebie nie ma ani jednej linii, a tutaj z rozsypanych punktów wychodzą wyraźni: niedźwiedzica, lew, strzelec z łukiem, skorpion. Rytownik nie przesunął żadnej gwiazdy, rozstrzygnął tylko, które połączyć. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Adaptacja literatury faktu to co innego niż film oparty na faktach. Tam źródłem są zdarzenia, tutaj cudza książka o nich, z własną tezą, własną kompozycją i słyszalnym głosem autora. Kupuje się prawa do tekstu i razem z nimi bierze na siebie czyjeś ustalenia.

Reportaż i esej powstały do czytania, nie do oglądania. Najlepszy rozdział bywa w nich wyliczeniem, cytatem z akt albo dygresją o historii jednego przepisu. Czytelnik zatrzymuje się nad taką stroną z przyjemnością, a widz w kinie nie ma na czym zatrzymać oczu. Adaptacja zaczyna się więc od pytania, którego autor książki nigdy sobie nie postawił: co z tego jest sceną.

Cały film unosi jedna linia, którą trzeba wybrać na samym początku. Bob Woodward i Carl Bernstein zapisali w Wszystkich ludziach prezydenta dochodzenie rozłożone na dziesiątki tropów, nazwisk i rachunków. Alan J. Pakula w filmie z tej książki został przy dwóch reporterach, ich telefonach i redakcyjnym biurku, więc cała afera dociera do widza wyłącznie przez to, czego ci dwaj zdołają się dowiedzieć. Reszta ustaleń została w tekście i nikomu ich nie brakuje.

Fakty są dane i żadnego nie wolno przesunąć, ale linia, którą je łączysz, należy do ciebie. Na mapie nieba z atlasu Andreasa Cellariusa Harmonia Macrocosmica punkty gwiazd spięto w lwa, niedźwiedzicę i myśliwego z łukiem, choć na niebie żadnych linii nie ma. Materiał reporterski leży podobnie. Zdarzenia stoją obok siebie w porządku kalendarza i dopiero autor rozstrzyga, które z nich tworzą figurę.

Liczba nie ma twarzy i nikt jej nie zapamięta. Michael Lewis opisał w Moneyball klub baseballowy bez pieniędzy, który zaczął kupować zawodników według statystyki odrzucanej wtedy przez całą branżę. Bennett Miller zbudował z tego film o jednym menedżerze i o jego uporze wbrew własnym skautom. Z ekranu nie zostaje ani jeden wskaźnik — zostaje człowiek, który postawił na nie posadę.

Teza ma się wydarzyć, a nie zostać wygłoszona. Najtrudniej oprzeć się scenie, w której ktoś mądry siada i tłumaczy widzowi, o co w tym wszystkim chodzi. Taka scena zawsze wygląda jak wyrwana z posłowia. Wykład da się zwykle rozłożyć na dwoje ludzi, którzy kłócą się o to samo, bo mają w tym sprzeczny interes. Widz słyszy wtedy ten sam argument i przy okazji ogląda, kto na nim traci.

Książka non-fiction puchnie od materiału, bo autor zbierał go latami i niczego nie chce oddać. Jon Krakauer wplótł w Wszystko za życie rozdziały o innych ludziach, którzy przepadli w dziczy, oraz o własnej młodzieńczej wspinaczce. Sean Penn wyciął z tego wszystko poza jedną drogą chłopaka na północ. Książka na bocznych ścieżkach zyskuje, film by się na nich rozsypał.

Bywają jednak tomy, które połowę tej roboty mają już wykonaną. Truman Capote w Z zimną krwią opisał wymordowanie rodziny Clutterów w kansaskim miasteczku, splatając ostatni dzień ofiar z drogą dwóch mężczyzn jadących do ich domu. Czytelnik zna zakończenie od pierwszych stron i mimo to nie potrafi odłożyć książki. Taki materiał przychodzi z gotowym montażem równoległym.

Bez tej linii film rozłazi się w ilustrowany wykład z planszami, choć sceny są w nim poprawne, a fakty sprawdzone. Zostaje ten sam materiał bez powodu, dla którego ktoś miałby go oglądać, a nie czytać. Książka wygrywa wtedy przez sam fakt, że niczego nikomu nie musiała pokazywać.