Przejdź do treści

Adaptacja źródła bez fabuły (zabawka, gra, marka, atrakcja)

Jean Siméon Chardin, Domek z kart, około 1737, olej - chłopiec z włosami związanymi niebieską wstążką stoi pochylony nad stolikiem obitym zielonym suknem i ustawia z kart do gry rządek stojących ścianek, w otwartej szufladzie pod blatem leży reszta talii z wystającą kartą figuralną, na suknie leży kilka żetonów
Jean Siméon Chardin, Domek z kart (ok. 1737). Z otwartej szuflady pod zielonym suknem wystaje karta z figurą, na blacie leży kilka żetonów. Stół jest do gry, a chłopiec gra w coś zupełnie innego. Zabawka albo marka wręcza scenarzyście dokładnie tyle: talię, nie partię. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Bilet na film o zabawce kupuje się, nie znając z niej ani jednej historii. Zostaje kształt, kolor, dwa gesty i wspomnienie z dzieciństwa, a to wszystko mieści się w trzydziestu sekundach. Pozostałe sto minut trzeba dopisać od zera.

Zabawka, gra planszowa, przejażdżka z wesołego miasteczka albo marka odzieżowa wręczają scenarzyście ikonę, ton i kawałek świata. Fabuły do przycięcia nie ma, bo fabuły nigdy tam nie było. Robota jest więc bliższa pisaniu oryginału niż adaptacji, z jedną zasadniczą różnicą. Kilku rzeczy nie wolno ruszyć, bo to po nie ludzie przyszli.

Te stałe punkty bywają ciekawsze, niż wyglądają, i czasem same podpowiadają temat. Klocki mają jedną właściwość, o której wie każde dziecko na świecie. Da się je rozebrać i złożyć zupełnie inaczej, niż stoi na pudełku. Phil Lord i Christopher Miller zrobili w LEGO: Przygodzie z tej jednej właściwości oś całego filmu. Spór między budowaniem według instrukcji a budowaniem po swojemu okazuje się tam sporem o dwa sposoby życia.

Drugą rzeczą do zabrania jest ton, czyli powietrze, którym źródło oddycha. Gore Verbinski przeniósł do Piratów z Karaibów mgłę, szkielety, beczki i lekkość, z jaką parkowa przejażdżka traktuje własne trupy. Klątwy, aztecki skarb i kapitan chwiejący się na nogach zostały dopisane w całości. Widzowi to nie przeszkadza, dopóki klimat zgadza się co do sekundy.

Plastikowa lalka jest tylko sylwetką i szafą, dopóki ktoś nie zapyta, co ta sylwetka zdążyła przez dekady oznaczać dla dziewczynek, które przy niej dorastały. Głośno nikt o tym wcześniej nie mówił. Greta Gerwig zbudowała Barbie dokładnie na tym pytaniu i potraktowała cudzy produkt jak temat do rozebrania. Właściciel marki dostał film, który sprzedaje się znakomicie i przy okazji kłóci się ze swoim zleceniodawcą.

Ze źródła można wziąć świat albo samą mechanikę, a druga droga kończy się zawsze tak samo. Peter Berg oparł Battleship na grze w statki, czyli na siatce współrzędnych i strzelaniu na ślepo, a wszystko dokoła dołożył z kina o inwazji z kosmosu. Sekwencja zgadywania kwadratów rzeczywiście na ekranie jest i przez chwilę bawi. Poza nią zostaje jednak film, który mógłby nosić dowolny inny tytuł, bo z planszowego pierwowzoru nie wynika w nim ani jedna decyzja bohatera.

Licencja jest w takiej konstrukcji jedną z kart. Ciężar niosą rzeczy, których w źródle nie ma wcale, czyli bohater z pragnieniem, przeciwnik z własną racją i finał, po którym coś zmienia się nieodwracalnie. Chłopiec z płótna Jeana Siméona Chardina Domek z kart wznosi z kilku prostokątów budowlę, której nie trzyma nic poza ostrożnością jego ręki. Scenarzysta takiego filmu pracuje w tej samej pozycji.

Rozpoznawalność załatwia pierwszy weekend i na tym jej rola się kończy. Ludzie kupują bilet, bo znają kształt, kolor i melodię z reklamy sprzed dwudziestu lat, a druga sobota zależy już wyłącznie od tego, czy dostali w środku opowieść. Filmy z tej półki, które pamięta się po latach, pamięta się za historię dopisaną do znanego kształtu przez kogoś, komu naprawdę chciało się ją wymyślić.