Przejdź do treści

Adaptacja słuchowiska i podcastu: jak pokazać dźwięk

Hendrick ter Brugghen, Śpiewający lutnista (1624), National Gallery w Londynie — młody mężczyzna w futrzanej czapce z piórem i w brązowym płaszczu wychyla się z ciemnego tła, ma otwarte usta w połowie frazy, lewą dłonią przyciska struny na długim gryfie lutni, prawą szarpie je nad okrągłym otworem rezonansowym
Hendrick ter Brugghen, Śpiewający lutnista (1624), National Gallery w Londynie. Obraz trzyma pieśń, ale milczy — słyszymy ją tylko wyobraźnią. Galeria pyta: jak namalować muzykę? Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art, PD-old-100; Hendrick ter Brugghen zm. 1629)
Odsłuchaj

Słuchowisko nie ma ani jednego obrazu, więc każdy odbiorca dorobił sobie własny. Adaptacja zaczyna się od tego, że trzeba mu ten obraz odebrać i dać w zamian jeden, wspólny dla całej sali. Źródłem jest tu głos, szmer, muzyka i pauza, a cała reszta powstała po stronie słuchacza. Przenosisz więc na ekran coś, czego w oryginale nigdy nie było.

Rzecz ma dłuższą historię, niż sugeruje moda na podcasty. Douglas Adams napisał Autostopem przez Galaktykę najpierw jako serial radiowy dla BBC, pod koniec lat siedemdziesiątych, a książki i telewizja przyszły dopiero potem. Przy przenoszeniu na ekran największym kłopotem okazał się sam tytułowy przewodnik, czyli czysta narracja bez żadnej sceny pod spodem. Zostawiono mu wtedy głos i dołożono animowane plansze, zamiast rozpisywać go na zdarzenia i postacie.

Najbliższa pokusa jest tania i widać ją z daleka. Skoro źródłem było nagranie, to na ekran trafia studio, mikrofon, słuchawki i twarz lektora pochylonego nad pulpitem. Powstaje z tego opowieść o wytwarzaniu dźwięku, a nie o tym, co ten dźwięk robił ze słuchaczem. Miejsce nagrania waży w tej historii mniej więcej tyle, ile drukarnia przy ekranizacji powieści. Kamera dostaje wtedy do sfilmowania ludzi w słuchawkach, którzy słuchają czegoś ciekawszego niż to, co widać.

Malarstwo stanęło przed tą samą ścianą kilka stuleci wcześniej i znalazło jedyne dostępne obejście. Na płótnie Hendricka ter Brugghena Śpiewający lutnista widać młodego mężczyznę w połowie frazy, z otwartymi ustami i palcami na strunach, wyciągniętego z ciemności ostrym światłem. Dźwięku nie ma i nigdy nie będzie. Jest za to jego skutek — odciśnięty w ciele, w napięciu szyi i w wyrazie twarzy.

Przekład idzie zatem po skutku, nie po źródle hałasu. Szukasz obrazu, który zrobi z okiem to, co głos robił z uchem. Trudniej rozstrzygnąć, ile z tego głosu wolno unieruchomić, bo tu wierność bywa za dosłowna. Głos opisany jako zimny dostaje na ekranie konkretną twarz, konkretny wzrost i konkretny płaszcz, a wersja, którą słuchacz nosił w głowie przez dziesięć odcinków, przestaje istnieć.

Podcast dokłada do tego kłopot całkiem własny, bo jest przede wszystkim gadaniem. Ucho wytrzymuje kilkunastominutową relację jednej osoby i prawie tego nie zauważa, oko zaczyna po dwóch minutach szukać sobie zajęcia. Największa część roboty przy ekranizacji polega więc na skracaniu mowy i na wymyślaniu zdarzeń dla wszystkiego, co dotąd zostało wyłącznie opowiedziane. Podcast dokumentalny ma z tym najtrudniej, bo znaczna część jego materiału to relacja ze zdarzeń, których nikt nigdy nie sfilmował.

Serial Homecoming wyrósł z fikcyjnego podcastu wytwórni Gimlet Media, złożonego w całości z nagranych rozmów, sesji terapeutycznych i telefonów. Sam Esmail nie sfilmował tych nagrań. Zbudował ośrodek dla wracających z wojny żołnierzy, dał głównej roli twarz Julii Roberts, a sprawy, o których w podcaście się wyłącznie mówiło, dostały miejsce, porę dnia i świadków.

Kiedy takiego przekładu zabraknie, widać to od pierwszej sceny i żaden montaż tego nie odratuje. Zostaje zapis audycji z aktorami, w którym najciekawsze rzeczy dzieją się w zdaniach, a kamera stoi obok i czeka, aż ktoś skończy mówić. Opowieści zbudowane z dźwięku znoszą taki zabieg gorzej niż jakiekolwiek inne źródło, bo ich siła brała się dokładnie z tego, czego nie było widać.