
Po każdej ekranizacji ktoś powie, że książka była lepsza, i prawie nigdy nie będzie mu chodziło o fabułę. Zdarzenia zwykle się zgadzają, a mimo to coś zniknęło. Zniknęło to, co działo się z czytelnikiem w trakcie lektury, a tego nie da się przenieść scena po scenie.
Włosi mają na tę sytuację przysłowie o tłumaczu, który jest zdrajcą, i coś w nim jest. Każdy przekład na inny język albo inne medium musi coś złamać, bo narzędzia po drugiej stronie są inne. Spór o wierność zaczyna się jednak od źle postawionego pytania. Sensu nabiera dopiero wtedy, gdy zapytamy, czemu właściwie mamy być wierni.
Najsłynniejszy przykład takiej operacji nosi zupełnie inny tytuł niż jego pierwowzór. Philip K. Dick w Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? zbudował świat z religią empatii, elektrycznymi zwierzętami i żoną bohatera nastawiającą sobie nastrój z konsoli. Ridley Scott w Łowcy androidów wyrzucił to wszystko i zostawił test na empatię oraz pytanie, czym właściwie różni się człowiek od maszyny. Z powieści nie ocalała prawie żadna scena, a rdzeń przetrwał nietknięty.
Robota zaczyna się od nazwania tego rdzenia. Jedno zdanie o tym, o co ta rzecz naprawdę jest, zostaje uznane za nietykalne, a cała reszta przechodzi do kategorii zmiennych. Epokę, kraj, gatunek i zakończenie wolno naginać, o ile pracują na tamto zdanie. Piero del Pollaiuolo na obrazie Apollo i Dafne uchwycił nimfę w chwili, gdy jej uniesione ręce są już dwiema gałęziami wawrzynu, a reszta postaci wciąż pozostaje kobietą. Adaptator musi wiedzieć, co w jego materiale jest Dafne, a co tylko jej rękami.
Druga strona tej samej monety wygląda niewinnie i bywa groźniejsza. Wierne przepisanie ustawia sceny w kolejności rozdziałów i bierze dialogi z książki bez zmian. Na papierze wszystko się zgadza, na ekranie aktorzy recytują zdania napisane do czytania oczami. Powstaje uprzejma ilustracja, po której widz pamięta, że wszystko było, i nie pamięta ani jednej sceny.
Taką zdradę przeprowadzili na własnej książce Arkadij i Borys Strugaccy. Scenariusz Stalkera napisali dla Andrieja Tarkowskiego na podstawie Pikniku na skraju drogi i przepisywali go wielokrotnie. Z przygodowej opowieści o przemytnikach handlujących pozostawionymi przez obcych artefaktami nie zostało w zasadzie nic. Ocalała Strefa i miejsce spełniające najgłębsze życzenie, czyli sprawa, dla której książka w ogóle powstała.
W praktyce każdą zmianę mierzy się jednym pytaniem o intencję: czy ta przeróbka przybliża do rdzenia, czy tylko ułatwia życie piszącemu? Wycięcie trudnej sceny dlatego, że jest droga w produkcji, i wycięcie jej dlatego, że rozmiękcza temat, wyglądają w scenariuszu identycznie. Różnica wychodzi dopiero w gotowym filmie, gdy czegoś w nim brakuje, a nikt nie potrafi wskazać czego.
Oryginał niczego przy tym nie traci, bo nadal stoi na półce i czeka na czytelnika. Ekranizacja książki nie zastępuje i nie ma jak jej zaszkodzić, więc lęk przed dotknięciem materiału chroni głównie samego adaptatora. Najgorzej wychodzą na tym dzieła otoczone czcią, których nikt nie odważył się ruszyć, i to one najczęściej dostają ekranizacje, o jakich nikt potem nie rozmawia.