
Powieść utrzymuje czterdziestu bohaterów, bo czytelnik ma prawo cofnąć się o dwadzieścia stron i sprawdzić, kim był ten człowiek. Widz takiego prawa nie ma i zapamięta najwyżej dziesięć twarzy. Stąd wzięło się narzędzie, które adaptatorzy nazywają łączeniem postaci albo compositingiem. Kilku drugoplanowych bohaterów pełniących w opowieści tę samą rolę schodzi się w jednego człowieka.
Scalanie działa wtedy, gdy idzie za funkcją. Trzej doradcy, z których każdy raz ostrzega bohatera przed tym samym błędem, robią w opowieści jedną robotę. Zrastają się bez szwu. Gorzej z parą, w której jedna postać popycha do zbrodni, a druga od niej odciąga. Po zlepieniu wychodzi z tego człowiek mówiący raz tak, raz nie. Nikt na planie nie wie, po co on właściwie stoi w tej scenie.
Steven Spielberg w Liście Schindlera dostał obsadę rozpisaną na dziesiątki nazwisk, bo tyle ich niesie Arka Schindlera Thomasa Keneally'ego. Filmowy Itzhak Stern zebrał w sobie zadania kilku osób, które w książce i w rzeczywistości działały osobno. Relacja między niemieckim fabrykantem a jego żydowskim księgowym ma dzięki temu jedną twarz od pierwszej sceny do ostatniej. Przez trzy godziny zdąży się naprawdę zmienić.
David Lean w filmie Lawrence z Arabii poszedł krok dalej i zbudował sprzymierzeńca od zera. Szeryf Ali nie ma jednego pierwowzoru w historii, tylko skupia w sobie kilku arabskich dowódców, z którymi Lawrence naprawdę współpracował. Widz dostaje dzięki temu jedną linię przyjaźni i nieufności między Anglikiem a Arabem. Alternatywą było sześć krótkich znajomości, z których żadna nie zdążyłaby dojrzeć.
Zysk z tego zabiegu nie sprowadza się do oszczędności miejsca. Postać, która przejmuje zadania trzech innych, dostaje trzy razy więcej scen. Liczba scen decyduje o tym, czy widownia w ogóle uzna kogoś za ważnego. Zagęszczona w ten sposób rola bywa mocniejsza od każdego ze swoich pierwowzorów, bo dopiero teraz ma dość czasu ekranowego, żeby coś przeżyć i zmienić się na oczach widza.
Zlepek psuje się wtedy, gdy scalone cechy zaczynają ze sobą wojować. Bohater bywa nieśmiały w jednej scenie i bezczelny w następnej, bo pierwsza cecha przyszła z jednego pierwowzoru, druga z drugiego, a nikt nie sprawdził, czy dadzą się pomieścić w jednym życiorysie. Złożony w całości z książek Bibliotekarz Giuseppe Arcimboldo czyta się jako jeden człowiek dlatego, że tomy układają się w ludzką sylwetkę. Sama ich liczba niczego by nie załatwiła.
Przeciwna pokusa wygląda na uczciwość wobec książki i przez to jest groźniejsza. Adaptator zostawia wszystkie trzydzieści postaci. Każda dostaje po czterdzieści sekund ekranu i żadna nie zdąży niczego zrobić ani niczego zapragnąć. Przez ekran przewija się mnóstwo ludzi, a po seansie nie da się wymienić ani jednego. Wierność wobec spisu osób bywa najprostszym sposobem, żeby zdradzić je wszystkie naraz.
Frank Darabont ekranizował opowiadanie Rita Hayworth i ucieczka z Shawshank Stephena Kinga, w którym więzień przechodzi przez ręce kilku kolejnych naczelników rozłożonych na dwadzieścia lat. W Skazanych na Shawshank naczelnik jest jeden — instytucja, która łamie człowieka, dostaje wtedy nazwisko i twarz. Widz ma na kim skupić niechęć przez dwie godziny, zamiast przyglądać się rotacji urzędników.