Przejdź do treści

Serializacja (powieść na serial)

Tkanina z Bayeux, XI w. - haftowany długi pas opowiadający historię scena po scenie, fragment z kometą i postaciami
Fragment pasa długiego na blisko siedemdziesiąt metrów. Tkanina z Bayeux (XI w.), haft wełną na lnie. Sceny rozdzielają haftowane wieżyczki, górą biegnie łaciński podpis, a dołem płyną okręty. Ogląda się to, idąc wzdłuż ściany i przystając co kilka kroków. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-old)
Odsłuchaj

Powieść znała odcinki na długo przed telewizją. Dziewiętnastowieczny czytelnik dostawał ją w gazecie, po kawałku, i czekał na dalszy ciąg. Aleksander Dumas ogłaszał tak Hrabiego Monte Christo przez blisko dwa lata.

Ten tryb zostawił w prozie ślad, który dzisiejszemu adaptatorowi ułatwia robotę bardziej, niż się wydaje. Powieści pisane na numery mają wbudowane zwroty co kilkanaście stron, bo autor musiał czymś domknąć odcinek i czymś zatrzymać czytelnika do następnego wydania. Serial odzyskuje tę konstrukcję prawie bez przeróbek. Kłopot zaczyna się przy powieściach, które od początku pisano w całości.

Kiedy powieść trafia do kina, pierwsze idą wątki poboczne. Za nimi znikają drugoplanowe twarze, praca bohatera, sąsiedzi i wszystkie lata, w których nic się nie działo. Serial znosi ten przymus i to jest jego jedyna prawdziwa przewaga nad filmem. Dwanaście godzin pozwala zostawić dokładnie to, co dwie godziny musiałyby amputować.

Elena Ferrante rozpisała Genialną przyjaciółkę na cztery tomy i kilkadziesiąt lat przyjaźni dwóch dziewczyn z ubogiej dzielnicy Neapolu. Telewizyjna wersja poszła drogą najprostszą i zarazem najtrudniejszą: każdemu tomowi oddała osobny sezon. Bohaterki starzeją się razem z formą, a role przechodzą kolejno do coraz starszych aktorek. Dwie godziny mogłyby streścić tę przyjaźń, ale nie dałyby poczuć, ile ona trwała.

Serial dokłada przy tym coś, czego w powieści nie było i być nie mogło. Postać wspomniana na trzech stronach dostaje twarz aktora, głos i kilkanaście minut ekranu, a widz zaczyna czekać na jej powrót. Scenarzyści to wyczuwają i rozbudowują rolę, po czym książka i serial rozjeżdżają się w miejscu, którego nikt nie planował. Bywa, że wychodzi z tego najlepszy wątek sezonu.

Granicę formy widać najlepiej wtedy, gdy książka się kończy, a sezony trwają dalej. Opowieść podręcznej Margaret Atwood starczyła serialowi na jeden sezon, a wszystko po nim scenarzyści dopisali sami. Od tego momentu adaptacja przestaje być adaptacją i staje się kontynuacją, która musi sobie wymyślać powody. Bywa dobra, tyle że odpowiada już wyłącznie przed sobą.

Rozwlekanie wchodzi bocznymi drzwiami, dodatkowym romansem albo retrospekcją tłumaczącą rzecz, którą widz zrozumiał dwa odcinki wcześniej. Powieść zwykle ma dość materiału na cały sezon, tylko leży on głębiej, w zdaniach, które narrator załatwiał jednym ruchem. Rozwinięcie takiego zdania w scenę jest robotą adaptatora. Dopisanie nowej intrygi bywa jej przeciwieństwem.

Odcinek musi mieć własny kształt, choć rozdział powieści rzadko go ma. Podział na rozdziały bywa czysto oddechowy i przeniesiony wprost daje sezon, w którym nic się nie zaczyna ani nie kończy. Scenarzysta rozcina powieść na nowo, w miejscach, gdzie coś się rozstrzyga, a te miejsca prawie nigdy nie pokrywają się z paginacją. Zdarza się, że jeden odcinek zjada trzy rozdziały, a jeden rozdział rozłazi się na trzy odcinki.

Platformy zmieniły przy okazji samą jednostkę oglądania. Kiedy ktoś ogląda sześć odcinków jednego wieczoru, granice między nimi zacierają się i sezon staje się jedną długą rzeczą. Powieść dostała w ten sposób formę najbliższą sobie ze wszystkich, jakie dla niej wymyślono. Można ją odłożyć w połowie, wrócić następnego wieczoru i mieć wrażenie, że świat czekał.