Przejdź do treści

Transpozycja: przeniesienie historii w inny czas i kulturę

Pieter Bruegel starszy, Spis ludności w Betlejem (1566) - biblijna scena rozegrana we flamandzkiej wsi zimą, zamarznięty staw, chłopi w kolejce do poborcy
Pieter Bruegel starszy, Spis ludności w Betlejem (1566, Królewskie Muzea Sztuk Pięknych, Bruksela). Ewangeliczna scena przeniesiona do flamandzkiej wsi w środku zimy: ten sam szkielet, cudza epoka, sąsiedzi malarza w rolach głównych. Transpozycja w czystej postaci. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Transpozycja to najodważniejszy rodzaj adaptacji, bo zostawia z oryginału sam szkielet. Konflikt, relacje, łuk bohatera i temat zostają nietknięte, a wszystko dookoła idzie do wymiany. Zmienia się epoka, kraj, klasa, technologia i język, którym ludzie mówią do siebie przy stole.

Sam gest przeniesienia nie znaczy jeszcze niczego. Historia wywieziona gdzie indziej dla egzotyki albo dla mody na uwspółcześnianie zostaje po prostu przebrana. Powód musi być poważniejszy. Nowe otoczenie ma rzucić na rdzeń opowieści światło, którego stare dekoracje już nie dawały, bo przez stulecia opatrzyły się do przezroczystości.

Malarze uprawiali ten proceder bez cienia skrupułów. Na Spisie ludności w Betlejem Pietera Bruegla starszego ewangeliczna scena rozgrywa się we flamandzkiej wsi w środku zimy, przy zamarzniętym stawie i kolejce do poborcy. Zamiast szat z Ziemi Świętej widać chłopów w grubych zimowych okryciach, bo modelami byli sąsiedzi malarza. Widz z 1566 roku rozumiał tę historię lepiej, kiedy działa się na jego ulicy.

Park Chan-wook wziął w Służącej wiktoriański kryminał Sarah Waters Fingersmith i wywiózł go do Korei pod japońską okupacją. W powieści oszust podstawia ubogą złodziejkę jako pokojówkę do bogatej dziedziczki, żeby ją uwieść i przejąć majątek. Na ekranie różnica między panią a służącą jest dodatkowo różnicą między władzą kolonialną a podbitymi, więc każde kłamstwo waży podwójnie.

Sergio Leone przeniósł historię przez gatunek zamiast przez epokę. Za garść dolarów bierze Straż przyboczną Akiry Kurosawy, czyli opowieść o rōninie w miasteczku rozdartym między dwie bandy, i przesadza ją na pogranicze meksykańskie. Z bezpańskiego wojownika robi się bezimienny rewolwerowiec, a reguły pierwowzoru trzymają się w westernie bez jednego skrzypnięcia.

Literatura potrafi odjechać jeszcze dalej. James Joyce ścisnął w Ulissesie antyczną wędrówkę do jednego zwykłego dnia w Dublinie, a z powrotu wojownika do domu zrobił wieczorną włóczęgę akwizytora ogłoszeń. Skala spadła o kilka rzędów — konstrukcja została nienaruszona. Im dalej odwiezie się dobrą historię, tym wyraźniej widać, co było w niej naprawdę nośne.

Teatr sięga po transpozycję najczęściej, bo nie musi budować świata od zera. Krzysztof Warlikowski wystawia Sofoklesa i Eurypidesa w szatniach, szpitalach i mieszkaniach z wielkiej płyty, przez co antyczna zemsta dzieje się piętro wyżej. Kostium spada z tekstu, a widz nie ma się gdzie schować za wygodnym dystansem epoki.

Najwięcej roboty siedzi w przebudowie mechaniki. Trzeba oddzielić to, co w historii ponadczasowe, od tego, co należało wyłącznie do jej czasów, bo inaczej przewozi się razem z fabułą rzeczy, które w nowym świecie nie mają prawa zadziałać. Jeden zgrzyt wystarczy do katastrofy. Kiedy widz pomyśli, że tutaj ktoś po prostu zadzwoniłby po pomoc, cała iluzja się sypie. Naprawa polega zwykle na wymyśleniu nowej przyczyny dla tego samego skutku, bo skutek jest tą częścią, której ruszać nie wolno.

Udana transpozycja kończy się odkryciem, że opowieść nigdy nie należała do swojej epoki. Należała do każdej, która potrafi ją u siebie zagościć i wyciągnąć z niej coś własnego. Nieudana zostawia po sobie wrażenie kostiumu wypożyczonego na jeden wieczór, źle dopasowanego w ramionach i zdjętego przed północą.