
*Charles Dickens napisał do Wielkich nadziei dwa zakończenia i wydrukował drugie. W pierwszym Pip i Estella mijali się po latach na ulicy i rozstawali na dobre.*
Do zmiany namówił go kolega po piórze, Edward Bulwer-Lytton, przekonany, że czytelnik takiego rozstania nie zniesie. Dickens dopisał wersję, w której oboje wychodzą razem z ruin dawnego ogrodu. Spór o to, które zakończenie jest prawdziwe, trwa od półtora wieku i nikt go nie rozstrzygnął. Autor pierwowzoru bywa więc pierwszym, który miesza przy własnym finale.
Adaptator, który rusza zakończenie, nie popełnia zatem świętokradztwa. Ryzykuje jednak więcej niż przy każdej innej zmianie, bo w finale przechowuje się odpowiedź. Każda opowieść zadaje jakieś pytanie, choćby nigdy nie zostało wypowiedziane, a ostatnie minuty mówią, jak się ono rozstrzyga. Ten wybór ma swój portret w Herkulesie na rozdrożu Pompea Batoniego, gdzie młodzieniec staje między łatwą drogą Rozkoszy a stromą drogą Cnoty, doskonale wiedząc, dokąd prowadzi każda z nich.
Winston Groom zakończył powieść Forrest Gump rozstaniem. Bohater odnajduje Jenny u boku innego mężczyzny, poznaje własnego syna i odchodzi, nie prosząc o nic. Ekranizacja z 1994 roku zostawia go przy szkolnym autobusie, a ostatnie ujęcie oddaje piórku na wietrze. Tę zmianę trudno nazwać zdradą, bo film od pierwszej sceny szedł gdzie indziej. Groom napisał satyrę na kraj, który rozdaje sławę przez pomyłkę. Film opowiada o dotrzymaniu jednej obietnicy do samego końca.
Inaczej wypadła historia Holly Golightly. Truman Capote w Śniadaniu u Tiffany'ego opisał kobietę, której nie da się zatrzymać, i rozstał się z nią bez pożegnania. Ekranizacja George'a Axelroda i Blake'a Edwardsa kończy się pocałunkiem w deszczu, z odnalezionym kotem między dwojgiem ludzi. Ten film przez półtorej godziny pokazywał tę samą kobietę co książka, więc ostatnia scena przeczy nie źródłu, ale jemu samemu.
Rozróżnienie nie dotyczy zatem nastroju. Ciemniejszy finał bywa równie tanim ustępstwem co pogodny, jeśli został doklejony dla wrażenia, a nie dla domknięcia. Pytanie, które trzeba sobie zadać przed napisaniem ostatniej sceny, brzmi za każdym razem tak samo: na co ten film czekał od początku i czy właśnie tego się doczekał.
Najczęściej finał trzeba ruszyć z powodów czysto rachunkowych. Wycięcie wątku pobocznego zabiera zwykle to, co przygotowywało ostatnią scenę, więc oryginalne zakończenie przychodzi na ekran nieprzygotowane. Wygląda dokładnie tak samo jak w książce i nie działa, bo widz nie przeszedł drogi, którą przeszedł czytelnik. Wierność literze potrafi w ten sposób zdradzić rzecz skuteczniej od jakiejkolwiek zmiany.
Osobny kłopot robią źródła, które kończą się celowo nierozstrzygnięte. Czytelnik potrafi zamknąć książkę z pytaniem w ręku, bo sam decyduje, kiedy przestać czytać. W kinie napisy końcowe brzmią same w sobie jak werdykt i domykają rzecz za scenarzystę. Utrzymanie otwartego finału na ekranie wymaga więc osobnej roboty, a nie powstrzymania się od niej.
Zmieniony finał rzadko demaskuje się od razu. Widz wychodzi z sali z niejasnym wrażeniem, że przez dwie godziny szedł w jedną stronę, a ostatnie pięć minut poszło w inną. Nie pamięta, że w książce było inaczej, bo książki nie czytał. Pamięta tylko, że coś na końcu przestało pasować do wszystkiego, co widział wcześniej.