
Najcieplejsze zdanie, jakie pada między dwojgiem bliskich sobie ludzi, brzmi zwykle jak przytyk. Przekomarzanie mówi „lubię cię” cudzym tonem, szybkim i złośliwym. Treść docinków jest przy tym drugorzędna. Ciepło takiej wymiany siedzi w rytmie, z jakim lecą tam i z powrotem.
Tempo i celność są tu takie same jak w pojedynku na riposty, a różni je cel, o czym mówi osobne hasło o repartee. Sama technika docinku jest za to inna, niż się wydaje przy pierwszym czytaniu. Żart musi być na tyle celny, żeby zabolał, i na tyle drobny, żeby dało się go puścić mimo uszu. Dlatego najlepsze przytyki dotyczą spraw małych, w których obie strony są ekspertami. Sposób parkowania, ulubiony sweter, wymówka sprzed tygodnia.
Docinki bawią się przy tym statusem. Kto tu górą, kto komu ustąpi, czyja odpowiedź zamknie rundę. O tym, czy to jeszcze zabawa, czy już walka, decyduje jedno, czy żart trafił w prawdziwą ranę. Granica bywa cieńsza, niż się autorowi wydaje przy pisaniu. Postać, która ją przekroczy, zwykle sama to słyszy. Jedna sekunda ciszy po zbyt celnym zdaniu robi w scenie więcej niż dziesięć kolejnych ripost.
Wymiana rozpada się natychmiast, gdy oba głosy żartują identycznie. Potrzebny jest ktoś suchy i ktoś rozgadany, ktoś, kto podaje, i ktoś, kto odbija. George Cukor w Żebrze Adama obsadził w tych rolach małżeństwo prawników, którzy stają po przeciwnych stronach jednej sprawy w sądzie. Docinki Spencera Tracy'ego i Katharine Hepburn mają dwa całkiem osobne temperamenty, więc słychać dwoje ludzi, a nie jeden dowcip rozpisany na dwa głosy.
Pod lekkością musi leżeć coś prawdziwego. Sympatia, pożądanie, wieloletnia zażyłość, cokolwiek, co przez żart przecieka na wierzch. Przekomarzanie jest zalotami prowadzonymi bocznym wejściem, więc rzecz najważniejsza zostaje w podtekście i ani razu nie pada wprost. Frans Hals na Ślubnym portrecie Isaaca Massy i Beatrix van der Laen posadził parę pod drzewem niemal piknikowo, rozluźnioną bardziej niż czułą, z filuternym uśmiechem panny młodej. Tym dwojgu jest ze sobą na tyle dobrze, że stać ich na żart — żaden czuły gest nie powiedziałby tego dobitniej.
Przekomarzanie nie należy wyłącznie do zakochanych. Andrzej Kondratiuk we Wniebowziętych oddał cały film dwóm mężczyznom, którzy gadają o niczym i robią to bez chwili przerwy. Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz przekręcają sobie słowa, obrażają się na moment, wracają do rozmowy w pół zdania. Z tych rozwlekłych dygresji wychodzi portret kumpelstwa, którego żaden z nich nigdy nie nazwałby po imieniu.
Takie sceny psuje najczęściej sam blichtr. Postacie sypią gagami w próżnię, każda jest komikiem estradowym, każda ma lepszą puentę od poprzedniej, a po dwóch minutach widz ma dość, bo pod dowcipem nie stoi żadna relacja. Sprawa rozstrzyga się na końcu wymiany. Jeżeli dwoje ludzi nie wie po niej o sobie nic nowego, cała ta błyskotliwość była popisem dla samego popisu.
Para, która mówi sobie wyłącznie rzeczy poważne, wygląda albo na dopiero poznaną, albo na taką, która właśnie przestaje się lubić. Swoboda żartu jest dowodem wspólnie przebytej drogi, a widz rozpoznaje ten dowód już przy drugiej wymianie zdań. Dlatego doświadczeni scenarzyści sięgają po docinki wtedy, kiedy trzeba pokazać przeszłość, na którą w filmie nie ma już miejsca.