Przejdź do treści

Rozmowa o niczym (small talk)

Gerard ter Borch, Galantna rozmowa (znana jako Ojcowskie napomnienie), około 1654, olej na płótnie - wnętrze z trzema postaciami: stojąca kobieta w lśniącej atłasowej sukni widziana od tyłu, siedzący oficer zwracający się do niej z uniesioną dłonią, obok druga kobieta pijąca z kieliszka; scena uprzejmej rozmowy, której prawdziwy sens pozostaje wieloznaczny i niewypowiedziany
Gerard ter Borch, Galantna rozmowa (ok. 1654), Rijksmuseum. Od XVIII wieku obraz nosi tytuł Ojcowskie napomnienie, choć nic w tej scenie tego nie przesądza: oficer mówi coś z uniesioną dłonią, kobieta w atłasowej sukni stoi tyłem, trzecia osoba pije i nie podnosi wzroku. Powierzchnia jest nienagannie uprzejma, a stawki nikt do dziś nie ustalił. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Porada, żeby wycinać ze scenariusza rozmowy o pogodzie, należy do najczęściej powtarzanych i do najgorszych. Razem z watą wyrzuca jedno z niewielu narzędzi, którymi pisze się scenę o czymś, czego nikt nie chce nazwać.

Small talk jest rytuałem i ma sztywny scenariusz: pyta się o dojazd, o zdrowie, o to, czy pada. Odpowiedzi obie strony znają z góry i nikt nie oczekuje w nich żadnej informacji. Wymiana służy do czegoś innego, do sprawdzenia, czy druga osoba nadal jest skłonna grać w tę samą grę. Właśnie dlatego jest tak wdzięcznym materiałem na scenę. Skoro tekst jest znany, liczy się wyłącznie sposób, w jaki ktoś go wygłasza.

Odstępstwo od rytuału słychać bez żadnego objaśnienia. Odpowiedź spóźniona o takt, pytanie zadane dwa razy, uprzejmość o pół tonu za gorąca. Tyle wystarczy, żeby widownia zorientowała się, że pod spodem coś jest, choć jeszcze nie wie co. Gładka forma działa jak tło, na którym każde drgnienie robi się widoczne. Im sztywniejszy rytuał, tym mniejsze zakłócenie wystarczy.

Rytuał daje przy tym scenie zajęcie dla rąk. Ktoś nalewa herbatę, ktoś szuka kluczy, ktoś zdejmuje płaszcz i wiesza go dwa razy. Te czynności nie są wypełniaczem, bo pozwalają odwlekać moment, w którym trzeba spojrzeć rozmówcy w oczy. Aktor dostaje wtedy czym zagrać wszystko, o czym postać milczy, a kamera ma się na czym zatrzymać.

Cała fabuła Przed wschodem słońca Richarda Linklatera mieści się w jednej takiej rozmowie. Dwoje obcych ludzi wysiada z pociągu w Wiedniu i przez jedną noc rozmawia o książkach, o rodzicach i o niczym. Pytanie, które naprawdę wisi w powietrzu, czyli czy zobaczą się jeszcze kiedykolwiek, nie pada niemal do końca. Cała reszta rozmowy jest sposobem na jego odwlekanie.

Cała filmografia Érica Rohmera stoi na uprzejmej gadaninie. W Zielonym promieniu wakacyjne rozmowy przy stole, o jedzeniu i o planach na sierpień, robią się dla bohaterki torturą, bo każde takie zdanie przypomina jej o samotności. Ten sam kłopot z odczytaniem powierzchni ma widz Galantnej rozmowy Gerarda ter Borcha, gdzie oficer zwraca się do kobiety w atłasowej sukni, a historycy sztuki od stuleci nie potrafią ustalić, czy to napomnienie, czy zaloty.

Proza umie to samo bez jednej didaskalii. Maria Dąbrowska w Nocach i dniach prowadzi małżeństwo Niechciców przez dziesięciolecia rozmów o gospodarstwie, o pieniądzach i o dzieciach. Barbara i Bogumił mówią do siebie właściwie wyłącznie o sprawach do załatwienia. Odległość, która między nimi rośnie, nie zostaje nazwana ani razu, a czytelnik zna jej rozmiar co do centymetra.

Czasem pod powierzchnią naprawdę nic nie ma. Wymiana uprzejmości bez stawki jest czystą zwłoką i słusznie ląduje w koszu przy pierwszej redakcji. Scena trzyma się wyłącznie wtedy, gdy autor wie, czego dokładnie obie postacie nie mogą powiedzieć na głos. Reszta jest już kwestią tego, jak długo wytrzymają w tym milczeniu.

Najczyściej mechanizm ten pracuje na dworcach i w szpitalnych poczekalniach. Ludzie mówią tam o rozkładzie jazdy i o kawie z automatu, bo wszystko inne jest za duże na tę chwilę. Rozmowa o niczym bywa jedyną formą, w której da się jeszcze wytrzymać obok drugiego człowieka. Napisana uczciwie, powie o tych ludziach to, czego oni sami nigdy nie powiedzą.