
Postapokalipsa opowiada o świecie, w którym porządek się rozsypał. W dystopii porządek działa bez zarzutu i dokładnie w tym tkwi kłopot. Ruiny, watahy i walka o puszki należą do pierwszego gatunku. Czyste ulice, pociągi punktualne co do minuty i obywatel, który sam melduje na sąsiada, należą do drugiego.
Pierwszą pełną wersję tej klatki zbudował Jewgienij Zamiatin w powieści My, napisanej około 1920 roku. Obywatele Państwa Jedynego noszą numery zamiast imion, mieszkają w domach ze szklanymi ścianami, jedzą według grafiku i uwielbiają Dobroczyńcę. Pod koniec władza wprowadza zabieg usuwający wyobraźnię, bo każdy bunt zaczyna się od zdolności pomyślenia czegoś innego. Rzecz nie mogła się ukazać w Rosji i krążyła najpierw w przekładach za granicą.
George Orwell doprowadził ten pomysł do postaci, którą zna dziś każdy. W Roku 1984 Winston Smith pracuje w Ministerstwie Prawdy i poprawia stare gazety tak, żeby przeszłość zgadzała się z bieżącą linią partii. Obok rośnie nowomowa, język okrawany rocznik po roczniku po to, by myśl o buncie nie miała się z czego złożyć. Orwell czytał i recenzował My niedługo przed napisaniem własnej książki.
Aldous Huxley w Nowym wspaniałym świecie pokazał wersję groźniejszą, bo przyjemną. Ludzie są tam hodowani do kast, warunkowani od niemowlęctwa i wyposażeni w somę, tabletkę zdejmującą każdy dyskomfort. Nikogo nie trzeba pilnować, ponieważ nikt nie chce niczego innego. Klatka, w której więzień zdążył się wygodnie urządzić, potrzebuje znacznie mniej strażników.
Janusz Zajdel podzielił w Limes inferior społeczeństwo na klasy, w których o dostępie do wszystkiego decyduje wynik testu i klucz noszony przy sobie, a bohater dorabia na oszukiwaniu tego mechanizmu. W Paradyzji mieszkańcy orbitalnej stacji słyszą, że żyją w raju, i wypracowują własny język aluzji, żeby porozumieć się ponad podsłuchem. Cenzura przepuszczała tę fantastykę socjologiczną jako opowieści o odległych planetach.
Estetyka gatunku bywa przy tym monumentalna, bo porządek najchętniej pokazuje się od strony własnego pomnika. Stolica piekła z Pandemonium Johna Martina stoi nad jeziorem ognia bez jednej rysy: kolumnada ciągnie się przez cały obraz, lampy palą się równo, a poddani u jej stóp są ledwie plamką. Nic się tam nie sypie i to jest w tym najbardziej niepokojące.
Bohater dystopii zaczyna zwykle po stronie systemu. Winston fałszuje dokumenty na etacie, zanim zacznie prowadzić dziennik, a Zamiatinowski D-503 buduje dla Państwa Jedynego statek kosmiczny i pisze pochwalne zapiski, dopóki nie pozna kobiety z podziemia. Bunt rodzi się z drobiazgu: z zapachu, z zapamiętanego imienia, z jednej rzeczy prywatnej. Przyprowadzony z zewnątrz przybysz, czysty i oburzony od pierwszego rozdziału, zamienia całą opowieść w wycieczkę z przewodnikiem.
Margaret Atwood dopisała do Opowieści podręcznej akademicki epilog, w którym badacze z odległej przyszłości omawiają Gilead na konferencji niczym zamknięty epizod historyczny. Historia samej narratorki urywa się bez rozstrzygnięcia, nikt jej nie ratuje i nikt nie obala reżimu na oczach czytelnika. Cała pociecha leży w przypisie i mówi tylko tyle, że ten porządek kiedyś się skończył. Więcej dystopia rzadko sobie pozwala, bo obietnica ocalenia zdjęłaby z ostrzeżenia jego ciężar.