
Scenariusz z bezbłędnymi guzikami i dzisiejszą głową w środku kłamie głębiej niż taki, który pomylił rok bitwy. Fakt da się sprawdzić w źródle i albo się zgadza, albo nie. Logika epoki jest znacznie trudniejsza, bo dotyczy tego, co człowiek żyjący wtedy mógł pomyśleć, czego się bał i czego nie umiał sobie w ogóle wyobrazić. Większość kłopotów z tym gatunkiem bierze się z mylenia wierności faktom z wiernością epoce.
Bolesław Prus napisał Faraona o władcy, którego nigdy nie było. Ramzes XIII rządzi w zmyślonej odsłonie dwudziestej dynastii, chce reform i rozbija się o kapłaństwo trwające dłużej niż każdy tron. Wymyślony jest tu cały panujący ród, a mimo to o mechanice władzy powieść mówi więcej niż niejedna kronika. Prus potrzebował nieistniejącego faraona, żeby pokazać instytucje, które przeżywają swoich królów.
Wielką historię widać zresztą dopiero przez małą. Lew Tołstoj opowiedział w Wojnie i pokoju kampanie napoleońskie przez to, co czuli ludzie wciągnięci w ich tryby, i przez całe partie tekstu spiera się z historykami o rolę jednostki. Bitwa robi się odczuwalna wtedy, gdy ma czyjąś twarz, a nie wtedy, gdy ma dokładną datę i liczbę poległych.
Hilary Mantel w powieści W komnatach Wolf Hall weszła za to jednemu człowiekowi do głowy. Thomas Cromwell, syn kowala, który dochrapał się władzy przy Henryku VIII, myśli u niej w czasie teraźniejszym, jakby wynik nie był jeszcze przesądzony. To jest właściwy chwyt gatunku, ponieważ ludzie z przeszłości nie wiedzieli, że są przeszłością. Znali swoje jutro równie słabo jak my swoje.
Czasem prawdę wolno powiedzieć sceną, która się nie wydarzyła. Jan Matejko namalował Rejtana tak, że w jednej warszawskiej sali stanęli ludzie, którzy nigdy nie stali tam razem, a poseł zagradza własnym ciałem próg przed sejmem zatwierdzającym rozbiór. Zestawienie jest świadomie nieprawdziwe i właśnie dlatego mówi o upadku państwa więcej niż protokół obrad.
Anachronizm rzadko bywa kwestią przedmiotu. Zamek błyskawiczny w scenie z osiemnastego wieku wyłapie kostiumograf i sprawa się na tym kończy. Groźniejszy jest anachronizm myśli, kiedy bohaterka z siedemnastego wieku mówi o samorealizacji, a jej ojciec argumentuje jak uczestnik dzisiejszej debaty. Widownia dostaje wtedy współczesnych ludzi w przebraniu i traci jedyną rzecz, po którą przyszła.
Przeszłość bywa też sposobem mówienia o teraźniejszości. Henryk Sienkiewicz pisał Trylogię w kraju, którego nie było na mapie, i sam zaznaczył, że robi to ku pokrzepieniu serc. Siedemnastowieczne wojny opowiedziane pod zaborami znaczyły coś zupełnie innego niż te same wojny w podręczniku. Każdy autor wybiera epokę z jakiegoś powodu, choć nie każdy przyznaje się do niego wprost.
Ostatecznie gatunek nie rozstrzyga sporów o daty. Robi coś skromniejszego i zarazem trudniejszego, bo pozwala zobaczyć ludzi sprzed wieków jako takich, którzy nie znali dalszego ciągu i musieli decydować w ciemno. Data zostaje w przypisie, a strach człowieka, który nie wie, czym to wszystko się skończy, jest dokładnie tym samym strachem, jaki znamy z własnego życia.