
Remedios Piękna rozwiesza prześcieradła w ogrodzie, unosi się z nimi w powietrze i znika w niebie. Kobiety obok martwią się o pościel. Gabriel García Márquez opowiada to w Stu latach samotności bez zdziwienia. W tej równowadze tonu mieści się cały gatunek.
Nazwa jest starsza od tej prozy i przyszła z galerii. Franz Roh użył jej w latach dwudziestych do malarstwa niemieckiego, w którym zwyczajne przedmioty malowano z nadnaturalną ostrością. Do literatury przeszła przez Amerykę Łacińską, gdzie Alejo Carpentier we wstępie do Królestwa z tego świata pisał o rzeczywistości cudownej i twierdził, że kontynent taki po prostu jest.
Rozpoznaje się ten gatunek po reakcji, a nie po samym cudzie. W chwili gdy któraś postać powie, że to niemożliwe, rzecz przesuwa się do horroru albo do fantastyki. Realizm magiczny wymaga, żeby świat przyjął niezwykłość bez komentarza, tak jak przyjmuje pogodę. Zdziwienie zostaje po stronie czytelnika i tylko tam ma prawo się pojawić.
Dwa sąsiednie nurty bywają z nim mylone. Fantastyka buduje z magii system, z regułami, granicami i cennikiem, których autor musi potem pilnować do końca. Surrealizm rozluźnia logikę wszędzie, więc przedmioty i czas płyną w nim jak we śnie. Realizm magiczny zostawia świat twardy i sprawdzalny — tyle że o jeden niemożliwy szczegół bogatszy.
Malarstwo naiwne trafiło w ten ton wcześniej niż proza. Na Śnie Henriego Rousseau pluszowa kanapa z mieszczańskiego salonu stoi pośrodku księżycowej dżungli, lwy patrzą łagodnie, a wąż przesuwa się w liściach. Nic na tym płótnie nie sygnalizuje, że coś jest nie w porządku, i właśnie ten spokój trzyma scenę w całości.
Cud musi mieć pod sobą twardy grunt. Macondo jest osadą zbudowaną na wojnach domowych, na kompanii bananowej i na masakrze robotników, którą państwo potem wymazuje z pamięci. Gdyby te warstwy wyjąć, latająca kobieta zostałaby ozdobą i niczym więcej. Magia bierze siłę stąd, że sąsiaduje z rzeczami sprawdzalnymi i przykrymi.
Poza Ameryką Łacińską chwyt służy najczęściej pamięci zbiorowej. Toni Morrison w Umiłowanej wprowadza do domu przy Bluestone Road ducha zamordowanej córki i traktuje go jak domownika, ponieważ trauma niewolnictwa nie mieści się w realistycznym sprawozdaniu. Salman Rushdie w Dzieciach północy daje dziwne zdolności dzieciom urodzonym w godzinie indyjskiej niepodległości, żeby losy państwa i losy jednego chłopca dały się opowiedzieć jednym oddechem.
W Prawieku i innych czasach Olgi Tokarczuk wieś leży w samym środku świata i ma czterech archaniołów za stróżów, a kolejne rozdziały opowiadają czas poszczególnych istnień, łącznie z czasem grzybni i czasem młynka do kawy. Historia dwudziestego wieku przechodzi przez tę wieś całkiem dosłownie, z obiema wojnami światowymi, a mit i okupacja mieszczą się w jednym zdaniu bez zgrzytu.
Cud w tej prozie nigdy nie jest atrakcją. Kobieta odlatująca z praniem, zamordowana córka wracająca do domu i archanioł stojący nad wsią pozwalają wypowiedzieć rzeczy, dla których zwykły realizm nie ma zdania. Tam, gdzie sprawozdanie się urywa, ta proza mówi dalej.