Przejdź do treści
Gatunki

Gatunki

Tragikomedia: śmiech i żałoba w jednej twarzy

2 min czytania · Redakcja 1draft.pl

Antoine Watteau, Pierrot dawniej zwany Gilles, ok. 1718-1719, Luwr - naturalnej wielkości błazen w workowatym białym kostiumie stoi frontalnie na niewielkim pagórku, z bezradnie opuszczonymi wzdłuż ciała rękami i pustym, melancholijnym spojrzeniem wprost na widza, a niżej w cieniu kilka postaci komedii dell'arte zajmuje się osłem; strój do rozśmieszania nosi twarz pełna smutku
Antoine Watteau, Pierrot (dawniej zw. Gilles, ok. 1718–1719), Luwr, Paryż. Strój, który ma rozśmieszać, nosi twarz pełna żalu — monumentalny i żałosny zarazem. Wizualny język tragikomedii. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)

*Tragikomedia to nie komedia z domieszką smutku ani dramat z dowcipami na przemian — to stop, w którym ta sama chwila jest naraz śmieszna i bolesna. Śmiejesz się i łapiesz na tym, że nie powinieneś; śmiejesz się, bo inaczej byłoby nie do zniesienia. Komizm nie rozładowuje tu tragedii (to byłoby komiczne odprężenie) — pogłębia ją. Nośnikiem jest zwykle bohater, który zachowuje godność w upokorzeniu albo brnie w działanie z góry skazane: błazen, który jest też ofiarą. Pułapka jest podwójna: tonalny rozjazd (żart przekłuwa emocję, zamiast się z nią stopić) oraz ckliwość (smutek bez komediowego dystansu). Trzeba utrzymać oba tony naraz.*

Wizualną intuicję daje Pierrot (dawniej zw. Gilles) Antoine'a Watteau (ok. 1718–1719, Luwr) — naturalnej wielkości błazen w workowatym białym kostiumie stoi frontalnie, z bezradnie opuszczonymi rękami i pustym, melancholijnym spojrzeniem, sam na pagórku, gdy w dole inne postaci komedii dell'arte zajmują się osłem. Watteau ubrał smutek w kostium śmiechu — strój, który ma rozśmieszać, nosi twarz pełna żalu. Monumentalny i żałosny zarazem. To jest sedno tragikomedii: ten sam człowiek śmieszy i łamie serce — w jednej chwili, nie na zmianę.

Kanon. Antoni Czechow nazywał swoje sztuki komediami, choć pękają od bólu — Wiśniowy sad śmieszy i grzebie świat naraz. Samuel Beckett podpisał Czekając na Godota wprost: „tragikomedia w dwóch aktach”, gdzie żart i rozpacz dzielą jedną kwestię. U Szekspira błazen w Królu Learze mówi prawdę w żartach, gdy król się rozpada. Filmowo: Chaplin (Światła wielkiego miasta — finał, który śmieszy i ściska gardło), Wilder Apartament, Benigni Życie jest piękne, serial Fleabag. Polski kanon: Sławomir Mrożek (Tango, Emigranci) zamienił absurd w diagnozę; filmowo Stanisław Bareja (Miś) i Marek Koterski (Dzień świra) — komedia, która boli.

Pięć reguł. Pierwsza: śmiech i ból naraz — nie na przemian; ta sama chwila ma śmieszyć i ranić. Druga: to nie komiczne odprężenie — żart nie rozładowuje napięcia, lecz je pogłębia (zobacz osobny artykuł o komedii romantycznej dla lżejszego rejestru). Trzecia: godność w upokorzeniu — błazen, który jest też ofiarą; komizm rośnie z jego skazy i uporu (zobacz osobny artykuł o skazie bohatera). Czwarta: dystans, który pozwala patrzeć — komizm daje odległość, dzięki której żałoba jest znośna; bez niego masz melodramat, bez żałoby — farsę. Piąta: omiń dwie pułapki — tonalny rozjazd (żart przekłuwa emocję) oraz ckliwość (smutek bez śmiechu).

Pytanie warsztatowe: u Watteau błazen w stroju do śmiechu patrzy na nas oczami pełnymi żalu — jedno ciało niesie komizm i smutek bez szwu. Która scena w twojej historii mogłaby rozśmieszyć i zaboleć w tej samej sekundzie — i czy utrzymasz oba tony, nie gasząc żadnego? Jeśli żart rozładowuje emocję, zamiast ją pogłębić, napisałeś komedię z łezką, nie tragikomedię.