Przejdź do treści
Gatunki

Gatunki

Film katastroficzny: spektakl zaglady, ludzka stawka

2 min czytania · Redakcja 1draft.pl

Karl Bryullov, Ostatni dzien Pompejow (1833) - tlum mieszkancow w poplochu pod wybuchajacym Wezuwiuszem, matki oslaniaja dzieci, syn dzwiga starego ojca
Karl Bryullov, Ostatni dzien Pompejow (1833). Tlum zwyklych ludzi przylapany pod kataklizmem - prototyp kina katastroficznego na wieki przed kamera: spektakl zaglady jako oprawa dla garstki twarzy. Zrodlo: Wikimedia Commons. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art, PD-old-100; Karl Bryullov zm. 1852)

Woda wdziera się na pokład, wieżowiec płonie piętro po piętrze, asteroida rośnie w oknie — a my nie patrzymy tak naprawdę na zniszczenie, tylko na garstkę zwykłych ludzi, którzy chcą przeżyć. Film katastroficzny to gatunek, którego silnikiem jest zbiorowe przetrwanie pod miażdżącym kataklizmem: spektakl zagłady plus zespół zwyczajnych ludzi walczących o życie. Pułapka jest podwójna: albo spektakl zjada historię — kataklizm staje się czystą wizualną atrakcją, a postacie są wymienną paszą, więc oglądamy zniszczenie i nie obchodzi nas, kto przeżyje; albo katastrofa jest tylko tłem — żywioł to dekoracja oderwana od ludzi, można go podmienić na dowolną scenerię.

Wizualną intuicję daje Ostatni dzień Pompejów Karła Bryułłowa (1833) — tłum zwykłych mieszkańców w popłochu pod Wezuwiuszem: matki osłaniają dzieci, syn dźwiga starego ojca, wszystko w łunie walącego się nieba. Tym jest film katastroficzny: nie sam kataklizm, lecz ludzie przyłapani pod nim — ich strach, ofiara i odruch, gdy świat się rozpada. To jest sedno: żywioł onieśmiela, ale śledzimy ludzi, nie ogień.

Kanon. Film katastroficzny rozkwitł w Hollywood lat 70. — „Tragedia Posejdona”, „Płonący wieżowiec”, cykl lotniskowy — a wrócił w spektaklu lat 90.: „Titanic”, „Dzień Niepodległości”, „Twister”. DNA jest stałe: zespół, kataklizm, walka o przetrwanie. Polski kanon: „Wielka woda” Jana Holoubka — serial o powodzi tysiąclecia z 1997 roku we Wrocławiu, gdzie żywioł staje się próbą dla całego miasta i garstki ludzi, którzy chcą je ocalić.

Pięć reguł. Pierwsza: skala ma onieśmielać, nie znieczulać. Rozmiar kataklizmu powinien budzić grozę, ale jeśli zostaje sam rozmiar, widz drętwieje — zagłada bez twarzy to spektakl, nie opowieść (zobacz osobny artykuł o grozie kosmicznej). Druga: katastrofa to zegar. Żywioł działa jak tykający zegar — woda się podnosi, ogień się rozprzestrzenia, do uderzenia zostają godziny; gatunek napędza odliczanie i kurczące się wyjście (zobacz osobny artykuł o mistycznym thrillerze). Trzecia: kataklizm obnaża porządek. Katastrofa zdziera maskę ze społecznego ładu — kto gromadzi, kto przewodzi, kto się poświęca; żywioł to test wspólnoty, dystopia ściśnięta do kilku godzin (zobacz osobny artykuł o dystopii). Czwarta: prawdziwa katastrofa ma swój ciężar. Historyczne kataklizmy — Titanic, Pompeje, Czarnobyl — niosą wbudowaną grozę i dług wobec zmarłych; fakt daje wagę, ale fabularyzacja musi szanować ofiary (zobacz osobny artykuł o fikcji historycznej). Piąta: w oku cyklonu bije serce. Gatunek niemal zawsze sadzi w środku katastrofy historię intymną — romans, rodzinę — bo to mała ludzka więź sprawia, że wielkie zniszczenie w ogóle nas obchodzi (zobacz osobny artykuł o komedii romantycznej).

Pytanie warsztatowe: zatrzymaj kadr jak Bryułłow na jednej twarzy w tłumie pod Wezuwiuszem — czyją historię śledzimy, gdy uderza żywioł, i czy bez tej twarzy katastrofa wciąż by nas obchodziła?