Przejdź do treści
Gatunki

Gatunki

Film wojenny: ludzie wewnatrz wojny, nie sama wojna

2 min czytania · Redakcja 1draft.pl

Alphonse de Neuville, Ostatnie naboje (1873) - garstka francuskich zolnierzy broni rozbitego domu pod Bazeilles do ostatniego naboju, konkretne twarze w ciasnej izbie
Alphonse de Neuville, Ostatnie naboje (Les dernieres cartouches, 1873). Garstka zolnierzy w rozbitym domu pod Bazeilles - wielka wojna sciesniona do kilku mezczyzn przy oknie. Ludzka twarz wojny, nie spektakl: gatunek sledzi zolnierzy, nie sama wojne. Zrodlo: Wikimedia Commons. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art, PD-old-100; Alphonse de Neuville zm. 1885)

Żołnierz czołga się przez kanał, chłopak zakłada bagnet, drużyna dzieli jednego papierosa przed szturmem — film wojenny stawia nas ramię w ramię z ludźmi w środku zorganizowanego zabijania. To gatunek, który dramatyzuje zbrojny konflikt: walkę, braterstwo pod ogniem i moralny rozrachunek z przemocą, obowiązkiem i przetrwaniem. Pułapka jest podwójna: albo gloryfikacja przez spektakl — kamera robi z walki coś ekscytującego i pięknego, więc nawet opowieść antywojenna sprzedaje dreszcz wojny (paradoks Truffauta); albo teza połyka ludzi — film tak zajęty potępianiem wojny, że żołnierze stają się abstrakcyjnymi ofiarami i tubami przesłania, wykładem zamiast historii.

Wizualną intuicję daje Ostatnie naboje Alphonse'a de Neuville (1873) — garstka francuskich żołnierzy w rozbitym domu pod Bazeilles broni się do ostatniego naboju: konkretne twarze, nie armia, ciasna izba zamiast pola bitwy. Tym jest film wojenny: nie wojna w ogóle, lecz ci ludzie wewnątrz niej — ich strach, braterstwo i wybory, gdy śmierć jest o krok. Wielka historia kurczy się do kilku mężczyzn przy oknie. To jest sedno: śledzimy żołnierzy, nie samą wojnę.

Kanon. Film wojenny od zawsze waha się między gloryfikacją a potępieniem — od heroicznych obrazów II wojny po rozczarowanie kina wietnamskiego, od chaosu desantu w Normandii po linię „wojna to piekło” ciągnącą się od „Na Zachodzie bez zmian”. Gatunek wiecznie kłóci się sam ze sobą, czy wojnę da się sfilmować, nie sprzedając jej. Polski kanon: „Eroica” Andrzeja Munka — ironiczna opowieść wojenna, która kłuje mit bohaterstwa, zamiast go karmić.

Pięć reguł. Pierwsza: wojna to brutalna inicjacja. Gatunek często jest okrutnym kinem dojrzewania — zielony chłopak wepchnięty w grozę; trzymaj kamerę na jednostce, która dojrzewa albo pęka, nie na armii (zobacz osobny artykuł o kinie dojrzewania). Druga: groza ma odpychać, nie wciągać. Skala śmierci ma budzić przerażenie, nie dreszcz — w chwili, gdy walka wygląda ekscytująco, przesłanie antywojenne umiera; zagłada powinna mrozić jak obojętna maszyna (zobacz osobny artykuł o grozie kosmicznej). Trzecia: wojna brudzi wszystkich. Nie zostają czyste ręce — bohater popełnia okrucieństwo, tchórz okazuje litość; gatunek żyje w moralnym kompromisie, nie w bieli i czerni (zobacz osobny artykuł o moralności w kryminale). Czwarta: śmiech jest tarczą. Żołnierze żartują, żeby przetrwać — czarny humor i absurdalna nuda między atakami; komizm i groza dzielą jedną twarz (zobacz osobny artykuł o tragikomedii). Piąta: prawdziwa bitwa ma swój dług. Realne starcia niosą wbudowaną wagę i zobowiązanie wobec poległych — fakt daje powagę, ale fabularyzacja nie może kłamać o cenie (zobacz osobny artykuł o fikcji historycznej).

Pytanie warsztatowe: zatrzymaj kadr jak de Neuville na jednej twarzy przy oknie rozbitego domu — czyją wojnę śledzimy, gdy pada ostatni nabój, i czy ta scena mrozi, czy jednak ekscytuje?