Przejdź do treści

Melodramat: spotęgowane uczucie podane bez wstydu

Francesco Hayez, Pocałunek (1859) — para w namiętnym uścisku u podnóża kamiennych schodów, mężczyzna z nogą wspartą o pierwszy stopień, jakby zaraz miał odejść
Francesco Hayez, Pocałunek (Il bacio, 1859). Całe światło sceny zbiera atłasowa suknia kobiety, twarz mężczyzny kryje cień pod rondem kapelusza, a po lewej zieje czarne przejście, w którym nie widać już nic. Uczucie podane bez ironii i bez hamulca, wzór spotęgowanego, niewstydliwego melodramatu. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art, PD-old-100; Francesco Hayez zm. 1882)
Odsłuchaj

Ktoś obok ciebie w kinie ociera oko i udaje, że to od klimatyzacji. Melodramat jako jedyny gatunek za taką reakcję nie przeprasza, bo właśnie po nią przyszedł. Reszta kina wstydzi się wielkiego uczucia i ubezpiecza je ironią. Ten gatunek wychodzi na środek i czuje na pełnym gazie, licząc, że widz pójdzie za nim bez asekuracji.

Metodę tego gatunku słychać już w jego nazwie: grecki melos znaczy pieśń, a melodramat był sztuką teatralną, w której muzyka podkreślała każde poruszenie serca. Publiczność dostawała czytelny sygnał, co czuć i w której chwili. Kino przejęło ten układ razem z orkiestrą i nigdy się z nim nie rozstało.

Kicz sięga po te same uczucia, tylko nie stawia za nimi nikogo. Obiecuje wzruszenie za darmo i podstawia gotowe obrazki, które mają zadziałać same. Melodramat najpierw buduje dwoje ludzi z konkretnymi zobowiązaniami, a dopiero potem odbiera im to, co naprawdę mają. Łza jest w jednym przypadku odruchem — w drugim wnioskiem.

Konstrukcja jest prosta i bezlitosna. Dwoje ludzi chce być razem, a między nich wsuwa się coś, czego przeskoczyć nie sposób. Bywa to obowiązek, różnica stanu, choroba albo zwyczajnie zły moment historii. Oboje wiedzą o przegranej i kochają dalej. Napięcie nie potrzebuje tu żadnej niewiedzy.

Helena Mniszkówna w Trędowatej posłała ubogą Stefcię Rudecką do majątku ordynata Michorowskiego i kazała im pokochać się wbrew całej hierarchii. Arystokracja traktuje dziewczynę jak zarazę, stąd tytuł, a rzecz kończy się jej śmiercią. Powieść wyszła w 1909 roku i krytyka szydziła z niej od pierwszego wydania. Czytelniczki płakały nad nią mimo to przez kolejne pokolenia, bo mur między tym dwojgiem był wtedy zupełnie realny.

Poświęcenie musi mieć przy tym realny ciężar, inaczej cała rzecz się rozsypuje. Ktoś ma oddać swoje szczęście naprawdę, z całą stratą, jaka za tym idzie. David Lean w Spotkaniu zamknął cały romans w dworcowym bufecie i kazał obojgu wrócić do swoich małżeństw. Widz płacze nad tym rozstaniem, ponieważ zostało policzone co do jednej przesiadki.

Douglas Sirk w Wszystko, na co niebo zezwala wziął na przeszkodę samą opinię sąsiadów. Zamożna wdowa zakochuje się w młodszym ogrodniku, a miasteczko i jej dorosłe dzieci robią z tego skandal. Dzieci kupują matce telewizor, żeby miała towarzystwo zamiast mężczyzny, i w ciemnym ekranie odbija się jej twarz. Sirk podał tę scenę bez mrugnięcia okiem, w kolorach aż nieprzyzwoicie nasyconych.

Takie uczucie potrzebuje widocznego kształtu, inaczej zostaje w głowie autora. Francesco Hayez w Pocałunku załatwił to jednym gestem, w którym para wpada sobie w ramiona, a mężczyzna trzyma już stopę na stopniu i za moment odejdzie. Objęcie i rozstanie w tej samej sekundzie mówią więcej niż strona wyznań. Melodramat poluje właśnie na chwile, w których dwie sprzeczne rzeczy dzieją się naraz.

Ten gatunek nie musi zresztą krzyczeć. Wong Kar-wai w Spragnionych miłości posadził obok siebie dwoje sąsiadów, którzy odkrywają, że ich współmałżonkowie mają romans, i przez cały film nie pozwalają sobie na nic. Najsilniejsza scena melodramatu bywa tą, w której nikt nikogo nie dotyka, a mimo to oboje przegrywają całe życie.