Przejdź do treści

Moralność w kryminale: gdy nikt nie ma czystych rąk

Caravaggio, Powołanie świętego Mateusza 1599-1600, San Luigi dei Francesi - w ciemnej izbie grupa mężczyzn w renesansowych strojach liczy monety przy stole, gdy z prawej wchodzi Chrystus i wyciąga rękę, a ostry diagonalny snop światła wydobywa twarze z mroku; chiaroscuro jako obraz moralnego wyboru w półcieniu
Caravaggio, Powołanie świętego Mateusza (1599–1600), San Luigi dei Francesi, Rzym. Snop światła wchodzi ukośnie do izby celników i zatrzymuje się na ludziach liczących pieniądze, a jeden z nich nawet nie podnosi głowy znad monet. Moralny wybór w kryminale przypada zwykle komuś dokładnie w tym stanie. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

W kryminale, który naprawdę zostaje w głowie, nazwisko mordercy bywa najmniej ciekawą informacją. Zagadka jest pretekstem, żeby przeprowadzić kilkoro ludzi przez sytuację, w której przyzwoitość przestaje być wygodna. Powieść zagadkowa spod znaku Agathy Christie kończy się przywróceniem ładu, bo winny zostaje wskazany, a świat wraca na miejsce. W kryminale moralnym okazuje się, że ten ład sam był częścią kłopotu.

Wszystko obraca się wokół rozjazdu dwóch pojęć, które w potocznej mowie znaczą jedno. Prawo jest procedurą i można je wykonać bez zarzutu. Sprawiedliwość to sąd o tym, co się komu należy, a procedura potrafi ją minąć bokiem. Dopóki jedno idzie z drugim, śledztwo pozostaje robotą rzemieślniczą. Kiedy się rozjadą, bohater musi wybrać, czemu jest wierny, i ten wybór niesie całą opowieść.

Sidney Lumet pokazał w Serpico, ile kosztuje wierność jednej stronie tego rozjazdu. Frank nie bierze działki z łapówek w wydziale, w którym biorą wszyscy, i to z niego robi zagrożenie, bo kto nie bierze, ten może kiedyś zacząć mówić. Meldunki idą drogą służbową latami i nic z nich nie wynika. Czyste ręce okazują się w tym wydziale jedynym poważnym zarzutem.

Friedrich Dürrenmatt opatrzył Obietnicę podtytułem mówiącym o requiem dla powieści kryminalnej i zrobił dokładnie to, co zapowiedział. Komisarz przyrzeka rodzicom zamordowanej dziewczynki, że znajdzie sprawcę, a potem wystawia inne dziecko jako przynętę i czeka na wiejskiej stacji benzynowej całymi miesiącami. Sprawca ginie tymczasem w wypadku samochodowym, jadąc na spotkanie z tym dzieckiem. Śledczy nigdy się o tym nie dowie i do końca życia czeka na kogoś, kogo dawno nie ma.

Amerykanie doprowadzili tę rysę do skrajności. James Ellroy w Tajemnicach Los Angeles wpuścił w jedną sprawę trzech policjantów, z których każdy jest zepsuty inaczej. Pierwszy bije podejrzanych, drugi sprzedaje cudze nazwiska do brukowca, trzeci pilnuje przepisów i buduje na tym karierę. Zagadka zostaje rozwiązana — tyle że każdy z nich musi po drodze przekroczyć granicę, której wcześniej strzegł.

Kryminał rzadko powierza wybór moralny komuś czystemu. Caravaggio ujął to na Powołaniu świętego Mateusza, gdzie smuga światła wpada do ciemnej izby celników i zatrzymuje się na człowieku pochylonym nad liczonymi monetami. Detektyw stoi zwykle w tym samym punkcie, w połowie drogi między łapówką a rachunkiem sumienia, i dlatego jego decyzja cokolwiek waży.

W Chinatown Romana Polańskiego detektyw rozwiązuje sprawę co do joty i przegrywa, ponieważ sprawca jest zbyt bogaty, żeby cokolwiek go dosięgło. Wina nie mieści się w jednym człowieku. Śledztwo odsłania nie zbrodniarza, lecz układ, który zbrodnię umożliwił i sowicie na niej zarobił. Widownia wychodzi z takiego filmu bez satysfakcji, za to z bardzo trzeźwym obrazem świata.

Patricia Highsmith posadziła czytelnika po stronie zabójcy. W Utalentowanym panu Ripleyu trzymamy kciuki za człowieka, który morduje przyjaciela i wprowadza się w jego życie, a napięcie płynie z obawy, że ktoś go rozpozna. Autorka ani go nie broni, ani nie potępia. Zostawia nas z niewygodnym odkryciem, że sympatia rodzi się z samego patrzenia czyimiś oczami.

Kiedy tej szarości zabraknie, kryminał osuwa się do krzyżówki. Sprawca jest zły, ponieważ scenariusz go tak obsadził, śledczy ma rację z urzędu, a rozwiązanie zamyka sprawę i nie zostawia po sobie niczego. Taką książkę się rozwiązuje, a nie czyta, i po tygodniu nie zostaje z niej nawet nazwisko sprawcy, bo nikt w środku nie musiał rozstrzygać niczego o sobie samym.