
W 1729 roku ukazał się w Dublinie pamflet z propozycją, żeby dzieci ubogich Irlandczyków tuczyć i sprzedawać na mięso. Rzecz napisano spokojnym językiem rozprawy ekonomicznej, z wyliczeniami kosztów. Autorem był Jonathan Swift, a tekst znamy jako Skromną propozycję. Wyszedł anonimowo i część czytelników wzięła go poważnie. Dopiero ta powaga tonu obnażyła okrucieństwo, z jakim naprawdę traktowano irlandzką biedotę.
Satyra różni się od komedii celem, nie natężeniem śmiechu. Komedia chce, żeby było weselej. Satyra chce czegoś od świata i wydaje wyrok. Bierze głupotę, obłudę albo nadużycie władzy i wyolbrzymia je tak długo, aż ukryty w nich absurd wychodzi sam. Pod żartem leży zawsze niewypowiedziane zdanie o tym, jak być powinno, a ta cicha norma zamienia rozrywkę w broń.
Rzymianie zostawili dwa wzorce, których satyra używa do dziś. Jeden uśmiecha się nad ludzką słabością i kręci głową bez gniewu. Drugi nie wybacza niczego i pisze tak, jakby pogarda mogła jeszcze cokolwiek naprawić. Wybór tonu jest w gruncie rzeczy decyzją o tym, czy autor wierzy w poprawę adresata.
Ignacy Krasicki otworzył satyrę Do króla wersem o tym, że satyra prawdę mówi i względów się wyrzeka. Sam utwór jest przy tym żartem podwójnym, bo zarzuty stawiane władcy okazują się po kolei komplementami. Mówca wypomina królowi, że jest Polakiem, że jest młody i że nie urodził się w królewskim rodzie. Po kilku takich oskarżeniach słychać wyraźnie, kto w tym wierszu wychodzi na głupca.
Najostrzejszym narzędziem satyry bywa samo zestawienie. William Hogarth wydał Gin Lane w parze z bliźniaczą Beer Street i dopiero obie ryciny razem stanowiły argument. Na ulicy taniego ginu wszystko się sypie, prosperują dokładnie trzy interesy: lombard, gorzelnia i zakład pogrzebowy, a pijana kobieta na schodach nie zauważa, że niemowlę wypada jej z rąk. Nikt nie musiał dopisywać morału pod spodem. Odbiorca porównuje dwie ryciny i sam dochodzi do wniosku, którego autor nigdzie nie wypowiedział.
Celność satyry poznaje się czasem po reakcji celu. Molier wystawił Świętoszka i sztukę o pobożnym oszuście zdjęto z afisza na kilka lat. Autor musiał ją przerabiać i tłumaczyć się z zarzutu, że atakuje religię, choć atakował udawanie pobożności. Zakaz był w tej sprawie najlepszą recenzją, jaką mógł dostać.
Kierunek uderzenia rozstrzyga, czy to jeszcze satyra. Śmiech wymierzony w tych, którzy mają władzę, pieniądze albo prestiż, odbiera im część powagi i przez to działa. Ten sam chwyt obrócony przeciw ludziom bezbronnym zamienia się w dokuczanie, a widownia orientuje się w tym natychmiast. Cel musi mieć co stracić, inaczej żart spada w próżnię.
Ironia bywa skuteczniejsza od inwektywy, bo nie zostawia atakowanemu miejsca na obrażanie się. Człowiek wyzwany od głupców może się bronić, człowiek pochwalony za coś, czego się wstydzi, nie ma co odpowiedzieć. Dlatego najtrwalsze satyry rzadko krzyczą. Zwykle mówią cicho i grzecznie rzeczy, których adresat nie może ani przyjąć, ani odrzucić.
Bez ukrytej normy zostaje sama złośliwość, a złośliwość nudzi się szybciej niż wszystko inne. Satyra, która nie ma zdania o tym, jak być powinno, wyśmiewa po równo wszystkich i po godzinie przestaje cokolwiek znaczyć. Ostrze tępi też kazanie, bo morał wypowiedziany wprost zwalnia widownię z myślenia. Najdłużej żyją te teksty, które przetrwały ustrój, z jakiego się śmiały, i wciąż trafiają w kogoś żywego.