Przejdź do treści

Dokument tonu (referencje tonalne)

John Atkinson Grimshaw, Nabrzeże Liverpoolu w świetle księżyca (1887, Tate) — szeroki nocny widok portowej ulicy, utrzymany niemal w jednej barwie, oliwkowozłotej, w której mgła rozmywa maszty statków i dalsze kamienice. Ludzie i pojazdy są tu drobnymi ciemnymi sylwetkami, a każde światło ma swoje odbicie na mokrym bruku.
John Atkinson Grimshaw, Nabrzeże Liverpoolu w świetle księżyca (1887, Tate). Ton mierzy się tym, czego z niego nie wyłączono. Maszty we mgle po lewej, rozświetlone witryny i szyldy po prawej, omnibus na środku bruku i mokre kamienie pod jego kołami mają tu jeden kolor: zielonkawe złoto. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-old, PD-Art)
Odsłuchaj

Widz rozstrzyga w pierwszej minucie, na jaki film przyszedł, i potem trzyma się tej decyzji do końca. Ta sama śmierć bohatera bywa tragedią, puentą żartu albo zwrotem akcji, a rozstrzyga o tym ton.

Dokument tonu to krótka notatka, zwykle na jedną stronę, pisana przed pierwszą sceną. Zaczyna się od rejestru nazwanego wprost i bez elegancji, choćby jako gorzka komedia, w której nikt nie dostaje przeprosin. Dalej idą dwa albo trzy tytuły referencyjne, trzymające ten rejestr w miejscu. Na koniec dochodzi krótki zapis tego, czym rzecz nie jest — negatyw bywa precyzyjniejszy od opisu wprost.

Od moodboardu odróżnia ją przedmiot, bo tamten pokazuje, jak rzecz wygląda, a ta ustala, jak brzmi. Potrzeba bierze się z rozciągnięcia pracy w czasie. Scenariusz pisze się miesiącami, a autor przez te miesiące bywa w bardzo różnych nastrojach. Scena napisana w listopadzie po ciężkim tygodniu ma inną temperaturę niż marcowa, choć dotyczy tych samych ludzi. Bez zapisanego punktu odniesienia różnicy nie widać, bo w trakcie każda scena wydaje się spójna sama ze sobą.

Branżowa formuła o tym, że jedna rzecz spotyka drugą, ma własne hasło i tam wypada jej szukać, bo w notatce tonalnej bywa najwyżej skrótem. Więcej daje kilka rozstrzygnięć zapisanych wprost. Notatka powinna mówić, czy w tym utworze wolno żartować przy trupie i czy narrator ocenia swoich bohaterów. Każde takie zdanie zdejmuje później z autora godzinę wahania nad sceną, której nikt nie przewidział w planie.

Najtrudniejsze rejestry to te, które muszą unieść dwie rzeczy naraz. Jojo Rabbit Taiki Waititiego opowiada o dziesięciolatku w hitlerowskich Niemczech, którego wyimaginowanym przyjacielem jest Hitler. Taki film musi pomieścić w jednej scenie żart i śmierć, a wystarczy pół strony w złym rejestrze, żeby całość osunęła się w niesmak. Trzyma się dlatego, że ton został ustawiony przed pisaniem i nikt go po drodze nie ruszył.

Leopold Tyrmand napisał Złego o powojennej Warszawie w rytmie amerykańskiej powieści sensacyjnej, z jej tempem, chwytami i typami bohaterów. Decyzja zapadła na poziomie samego języka, jeszcze przed fabułą, i rządzi książką mocniej niż zdarzenia, bo ustawia nastawienie, z jakim czyta się każdą kolejną scenę.

Referencje wcale nie muszą być filmowe i często lepiej, żeby nie były. Nabrzeże Liverpoolu w świetle księżyca Johna Atkinsona Grimshawa ustawia rejestr jednym chwytem, bo mokre bruki, latarnie i mgła są tam podane w tym samym księżycowym świetle, które nie omija ani jednego elementu. Notatka tonalna robi to samo scenom pisanym w odstępie pół roku.

Dokument ma jednak swoją granicę i lepiej znać ją z góry. Rejestr opisany zbyt drobiazgowo zaczyna zakazywać scenariuszowi rzeczy, których autor jeszcze nie wymyślił, a najlepsze pomysły przychodzą zwykle spoza pierwotnego planu. Notatka istnieje po to, żeby dryf był widoczny, a nie po to, żeby wszystko zostało przewidziane przed pierwszą sceną.

Ostatecznym sprawdzianem jest pierwsza obca osoba, która weźmie scenariusz do ręki. Czytający w agencji albo w funduszu nie dostanie twojej notatki i nie wysłucha wyjaśnień przy kawie. Ma dwie strony na to, żeby ustawić sobie rejestr, a potem czyta całą resztę już przez ten filtr. Dokument tonu jest dobry dokładnie o tyle, o ile te dwie strony brzmią tak, jak on obiecuje.