
W trzecim szkicu wycinasz scenę, która ciągnęła się za długo, i tekst od razu robi się lepszy. Trzy tygodnie później finał przestaje działać, bo w tamtej scenie leżał przedmiot, którym bohater kończy całą sprawę. Tak powstaje większość dziur w gotowym scenariuszu.
Lista obietnic i spłat jest zwykłym rejestrem, który przejmuje tę robotę od pamięci. Obietnicą nazywamy w nim wszystko, co budzi w odbiorcy oczekiwanie. Bywa nią broń powieszona na ścianie i brat wspomniany mimochodem w drugiej scenie. Bywa nią pytanie postawione tak wyraźnie, że domaga się odpowiedzi. Obietnicą jest też ton otwarcia, bo widz, któremu obiecano komedię, rozlicza z niej całą resztę seansu.
Sam zapis wygląda banalnie i o to w nim chodzi. Po lewej stronie notujesz obietnicę razem z numerem sceny, w której padła. Po prawej numer sceny, gdzie została spłacona, albo puste miejsce. Rejestr zakłada się po pierwszym szkicu, kiedy jest już co liczyć, a przegląda przy każdej większej przeróbce. Pozycja bez pokrycia rzuca się w oczy dopiero wtedy, gdy obie kolumny leżą obok siebie, i tę właśnie czynność uchwycił Marinus van Reymerswaele w Poborcach podatków, sadzając dwóch urzędników nad jedną otwartą księgą.
Pusta prawa kolumna oznacza wątek, który zawisł w powietrzu. Widz rzadko potrafi go nazwać, ale wychodzi z kina z poczuciem, że coś zostało mu winne. Nie każde puste pole jest przy tym usterką, bo część zapowiedzi widownia odbiera jako tło i nigdy nie upomina się o zwrot. Znacznie gorzej wygląda wpis odwrotny, w którym spłata przyszła bez zasiewu. Rozwiązanie spadające z nieba unieważnia wszystko, co bohater robił wcześniej, bo skoro ratunek mógł nadejść sam, walka była dekoracją.
Przy dużej formie rejestr przestaje być wygodą i staje się warunkiem roboty. Wiktor Hugo w Nędznikach każe biskupowi oddać Janowi Valjeanowi srebrne świeczniki, których złodziej nie zdążył zabrać, i wraca do nich dopiero po tysiącu stron, przy łóżku umierającego bohatera. Żaden autor nie utrzyma takiego dystansu w pamięci, a tym bardziej nie utrzyma dwudziestu zapowiedzi biegnących równolegle.
Prawa kolumna mówi też, ile zostało jeszcze do zapłacenia, i ta wiedza bywa cenniejsza od samych zaległości. David Lynch i Mark Frost oparli Twin Peaks na jednym pytaniu o zabójcę Laury Palmer. Kiedy odpowiedź padła w środku drugiego sezonu, serialowi została garść wątków pobocznych, a widownia zaczęła się rozchodzić szybciej, niż scenarzyści zdążyli otworzyć nowy rachunek.
Narzędzie psuje się wtedy, gdy autor zaczyna je odhaczać. Fabuła, w której każda zapowiedź wraca punktualnie i w oczywistej postaci, ma rytm harmonogramu spłat i nikogo już nie zaskoczy. Najlepsze spłaty przychodzą spóźnione albo w innej walucie, niż zapowiadał zasiew. Część obietnic warto porzucić świadomie — zwłaszcza te, które okazały się ciekawsze jako niedopowiedzenie. Rejestr ma wtedy zanotować decyzję zamiast zostawiać puste pole, bo po miesiącu przerwy przeoczenie i wybór wyglądają identycznie.
Ta lista nie napisze ani jednej sceny i nie podpowie, co ma się w niej wydarzyć. Robi jedną rzecz, której nie robi żaden inny dokument w teczce scenarzysty, bo trzyma w jednym miejscu wszystkie rachunki otwarte wobec widza. Opowieść, w której nikt ich nie liczy, nie rozpada się z hukiem. Rozłazi się cicho, aż zostaje z niej zbiór scen, które ktoś kiedyś zamierzał ze sobą połączyć.