Przejdź do treści

Freewriting (szybkopis - odkrywcze pisanie)

Allaert van Everdingen, Skandynawski pejzaż z wodospadem, XVII w. - woda spadająca nieprzerwanym strumieniem ze skalnego progu
Allaert van Everdingen, Skandynawski pejzaż z wodospadem (XVII w.). Nurt przewala się przez belki i pale wbite w koryto, dwaj pasterze przystanęli na skalnym urwisku po lewej, a owce rozeszły się po zboczu aż do dolnej krawędzi płótna. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Szybkopis nie jest ćwiczeniem na płodność. Jest wyścigiem z redaktorem, który siedzi w twojej głowie i ocenia każde zdanie, zanim to zdanie zdąży się skończyć.

Definicja jest brutalnie prosta. Nastawiasz zegar na dziesięć minut i piszesz bez zatrzymania. Nie czytasz wstecz, nie poprawiasz literówek, nie zawracasz do poprzedniego zdania, żeby wymienić w nim czasownik. Kiedy nie masz co pisać, piszesz „nie mam co pisać” tak długo, aż ręka sama wyniesie cię gdzie indziej. Warunek jest jeden i nie podlega negocjacji. Ręka się nie zatrzymuje.

Metoda ma dłuższą metrykę, niż sugeruje jej modna nazwa. Dorothea Brande w Becoming a Writer z 1934 roku kazała pisać zaraz po przebudzeniu, zanim zamieni się z kimkolwiek choć słowo. Dekadę wcześniej André Breton ogłosił w Manifeście surrealizmu pisanie automatyczne, dyktowane bez nadzoru rozumu i bez troski o sens. Samą nazwę spopularyzował dopiero Peter Elbow w Writing Without Teachers, robiąc z jednorazowego eksperymentu regularne ćwiczenie.

Mechanizm opiera się na różnicy prędkości. Wewnętrzny cenzor pracuje w tempie redakcji, bo musi zdanie przeczytać, przyłożyć do wyobrażonego wzorca i wydać wyrok. To trwa kilka sekund. Ręka rozpędzona do granicy czytelności jest po prostu szybsza i zostawia go z tyłu. Stąd bierze się dziwność tego, co wychodzi, bo na papier trafiają skojarzenia, które w normalnym trybie odpadłyby jeszcze przed zapisaniem.

Efektem takiej sesji jest urobek, nie tekst. Z dziesięciu minut zostają zwykle trzy albo cztery linijki warte czegokolwiek, a reszta idzie do kosza i tak ma być, bo za tę resztę zapłaciłeś prędkością. Woda na Skandynawskim pejzażu z wodospadem Allaerta van Everdingena spada ze skalnego progu jednym nieprzerwanym strumieniem, a kamienie, które wypłucze, wybiera się później i na brzegu.

Cała reszta metody sprowadza się do pilnowania granicy między dwoma trybami pracy. W pierwszym sąd milczy i liczy się wyłącznie objętość. W drugim wraca ocena, wybór i nożyczki. Kto próbuje robić obie rzeczy naraz, dostaje najgorszy możliwy wynik, bo pisze wolno i zarazem bez pomysłu. Jedno poprawione zdanie w środku sesji wystarczy, żeby cenzor wrócił do stołu i został przy nim do końca.

Scenarzyście ta technika służy głównie do odblokowywania. Scena, która nie chce ruszyć, dostaje dziesięć minut pisanych z perspektywy bohatera, w pierwszej osobie i bez formatu. Kłótnia, której nie da się rozpisać, idzie na papier jako czysty potok pretensji jednej strony. Do scenariusza nic z tego nie wchodzi w tej postaci, ale prawie zawsze zostaje jedna kwestia albo jeden argument, którego z konspektu nikt by nie wyprowadził.

Jack Kerouac dowiózł ten pomysł do skrajności, przepisując W drodze na jedną ciągłą rolę papieru, żeby nie tracić rozpędu na wymianę kartek w maszynie. Legenda spontanicznej prozy zwykle pomija to, że przed tym rzutem były lata notatników, a po nim lata poprawek przed drukiem. Ta pominięta część jest w całej historii najciekawsza, bo pokazuje obie połowy roboty naraz.

Brak takich sesji poznaje się po tekstach poprawnych i pustych. Każde zdanie przeszło kontrolę, żadne nie zaskakuje, bo wszystko, co mogło zaskoczyć, odpadło jeszcze na etapie pomysłu. Zdanie nie do przewidzenia powstaje wyłącznie tam, gdzie przez godzinę nikt go nie ocenia.