
Polszczyzna dokłada piszącemu decyzję, której angielskie poradniki w ogóle nie przewidują. Wymyślona nazwa musi mieć ustalony dopełniacz i liczbę mnogą, bo inaczej wypłynie trzydzieści stron dalej w innej odmianie i zabrzmi jak druga rzecz.
Słownik świata jest wewnętrznym spisem wszystkiego, co w twojej rzeczywistości zostało wymyślone. Wchodzą tam terminy, nazwy własne, ludy, instytucje, prawa natury, jednostki miary i pieniądza. Przy każdym haśle jedno zdanie znaczenia, dokładna pisownia i właśnie ta rubryka z odmianą. Dryf zaczyna się niewinnie, bo urząd, który w połowie książki nazywał się Kolegium, wraca pod koniec jako Rada i nikt tego po drodze nie przemyślał.
Od dokumentacji różni się źródłem prawdy. Research spisuje rzeczy prawdziwe na zewnątrz, które ktoś obcy może sprawdzić i przy okazji wytknąć błąd. Słownik świata spisuje rzeczy prawdziwe wyłącznie wewnątrz książki, gdzie jedynym świadkiem jesteś ty sprzed pół roku. Dlatego właśnie dryfuje. Fakt zewnętrzny broni się sam, a ustalenie własne rozmywa się po cichu i nikt nie krzyknie.
Konsekwencja robi z takiego spisu rzecz odczuwalną w lekturze. Króliki z Wodnikowego Wzgórza Richarda Adamsa mają własne słowa i używają ich przez całą powieść tak samo, aż czytelnik zaczyna je rozumieć bez tłumaczenia. Samochód jest u nich hrududu, bo dokładnie tak brzmi szosa słyszana z rowu. Na końcu książki stoi słowniczek tych słów, ale prawdziwą robotę wykonuje to, że przez kilkaset stron ani jedno nie zmieniło znaczenia.
Druga funkcja spisu nie dotyczy pojedynczych znaczeń, tylko zgodności między nimi. Hasła muszą leżeć obok siebie w jednym miejscu, żeby dało się zobaczyć, że dwa z nich się kłócą. Na planszy z Metamorphosis insectorum Surinamensium Marii Sibylli Merian roślina i owad w każdym stadium życia siedzą na jednej karcie, narysowane i nazwane, bo dopiero razem układają się w komplet. Reguła, która w rozdziale czwartym miała swoją cenę, a w czternastym działa za darmo, wychodzi na jaw tylko wtedy, gdy oba zapisy stoją w jednym pliku.
Osobna rubryka, o której prawie nikt nie pamięta, mówi, kto danego słowa używa. Ten sam przedmiot ma zwykle trzy nazwy, zależnie od tego, czy mówi o nim fachowiec, urzędnik czy ktoś z zewnątrz. Fachowiec skraca, urzędnik podaje pełną formę razem z numerem, obcy nazywa rzecz opisowo, bo właściwego słowa nie zna. Zapisanie tego daje w dialogu więcej pożytku niż najpiękniejsza wymyślona etymologia.
Spis psuje się w jeden charakterystyczny sposób, przeciekając do tekstu. Hasło wędruje na stronę w całości, razem z objaśnieniem, i powieść na chwilę zmienia się w encyklopedię własnego świata. Anthony Burgess napisał Mechaniczną pomarańczę slangiem zbudowanym na rosyjskich rdzeniach i ani razu nie przystanął, żeby cokolwiek wytłumaczyć. Czytelnik uczy się tych słów z powtórzeń, dokładnie tak, jak uczy się ich w obcym mieście.
Świat, w który się wierzy, prawie nigdy nie jest tym najbogatszym. Jest tym, który przez kilkaset stron ani razu nie zaprzeczył sam sobie, a takiej spójności nikt nie utrzyma z pamięci przez dwa lata pisania. Słownik świata jest po prostu miejscem, gdzie leży jedna obowiązująca wersja, i dlatego zagląda się do niego najczęściej po rzecz najbardziej prozaiczną ze wszystkich — po pisownię.