
Pytanie „o czym to jest” wygląda niewinnie, dopóki odpowiedź nie zaczyna się rozłazić na kilka minut. Kiedy tak się dzieje, kłopot rzadko siedzi w mówieniu. Zwykle siedzi w tym, że opowieść nie ma jeszcze własnego środka ciężkości.
Logline mieści cztery rzeczy w jednym oddechu. Kto jest bohaterem, czego chce, co mu w tym przeszkadza i dlaczego akurat ta historia nie jest jedną z tysiąca podobnych. Harold Ramis w Dniu świstaka dostał komplet niemal w prezencie od samego pomysłu. Zgryźliwy prezenter pogody utyka w jednej dobie, która powtarza się bez końca i nie wypuści go, dopóki on sam się nie zmieni. Jedno zdanie, a już wiadomo, kogo oglądamy, czego mu brakuje i co go trzyma w miejscu.
Najlepsze loglinie stoją na zderzeniu dwóch rzeczy, które nie powinny stać obok siebie. Jan Komasa w Bożym Ciele zestawia chłopaka wypuszczonego z poprawczaka z sutanną, w której ten staje przed obcą parafią, choć nikt mu na to nie pozwolił. Słuchacz nie musi dopytywać, bo pytanie rodzi mu się samo i domaga się filmu. Takie zderzenie robi robotę, której nie wykona najstaranniejsze streszczenie zdarzeń.
W jednym zdaniu nie mieszczą się imiona całej obsady i wcale nie muszą. Wystarczy jeden bohater opisany funkcją, bo „prezenter pogody” niesie znacznie więcej niż imię, którego słuchacz jeszcze nie zna. Reszta postaci spokojnie poczeka na następną stronę. Zdanie z pięcioma nazwiskami przestaje być loglinem i staje się spisem obsady z fabułą gdzieś w tle.
Zdanie, które tylko relacjonuje, gaśnie w połowie. Ciąg „a potem, a potem” odsuwa pytanie, zamiast je postawić, więc słuchacz czeka na sens, którego nikt mu nie obiecał. Ścisnąć całą intrygę w jedno spojrzenie potrafi zresztą i malarstwo. W Huśtawce Jeana-Honoré Fragonarda dziewczyna wzlatuje w górę i gubi pantofelek, w krzakach pod nią czai się wielbiciel, a sznury popycha z tyłu starszy mężczyzna, nieświadomy niczego. Trzy osoby i jedno ujęcie wystarczą, żeby wiedzieć, co się tu zaraz wydarzy.
Jedno zdanie powinno też powiedzieć, na jaki wieczór się piszemy. Agnieszka Smoczyńska w Córkach dancingu wpuszcza dwie syreny do warszawskiego klubu nocnego lat osiemdziesiątych i po takim zdaniu nikt nie spodziewa się filmu przyrodniczego. Gatunek wchodzi tu tylnymi drzwiami, razem z obietnicą tonu i temperatury. Logline, po którym nie wiadomo, czy będzie strasznie, czy śmiesznie — to zdanie niedokończone.
Dyscyplina jednego zdania bywa nieprzyjemna właśnie dlatego, że działa jak prześwietlenie. Kiedy zdanie rozrasta się do trzech, w scenariuszu zwykle siedzą dwie historie i żadna nie ustąpiła miejsca drugiej. Kiedy trzeba do niego dokleić „no i jeszcze wątek matki”, wiadomo z góry, w którym miejscu drugiego aktu zrobi się luźno. Samo zdanie niczego nie naprawia, ale pokazuje usterkę, zanim powstanie sto stron.
Warto przy tym odróżnić logline od hasła z plakatu, bo te dwie rzeczy mylą się nagminnie. Hasło reklamowe ma budzić ciekawość i wolno mu przy tym niczego nie zdradzić, bo pracuje na widza, który jeszcze nic nie wie. Logline działa w drugą stronę, ponieważ czyta go osoba, która za moment sprawdzi, czy zdanie ma pokrycie w tekście. Zdanie efektowne, ale nieprawdziwe, kończy rozmowę szybciej niż zdanie nudne.
Logline pisze się na samym początku i poprawia do ostatniego dnia pracy. Jeśli po drodze się zmienia, opowieść zwykle właśnie znalazła swój środek i warto za nim pójść. Gorzej, gdy przez wszystkie wersje stoi nietknięty i nadal pasuje do czterech innych filmów, których nikt nie chciał zrobić.