
Rysowanie myśli w gałęzie jest starsze niż nazwa, którą dziś nosi. *Sam termin upowszechnił w latach siedemdziesiątych Tony Buzan, najpierw w telewizyjnym cyklu dla BBC, potem w książce Use Your Head.* Wcześniej robili to po cichu wszyscy, którym notatka nie mieściła się w linijce.
Konstrukcja jest banalna. W środku kartki stoi jedno słowo albo jedno zdanie, a wszystko inne wychodzi z niego promieniście, bez numeracji i bez hierarchii. Kolejność jest właśnie tym, co mapa odbiera. Lista wymusza decyzję, co idzie pierwsze, i przez to zamyka temat, zanim ktokolwiek zdążył obejrzeć go z boku.
Kształt tego ruchu widać na pierwszym zdjęciu błyskawicy, które William N. Jennings zrobił w 1882 roku. Jedno uderzenie rozchodzi się tam na kilkanaście odnóg, każda z nich rozszczepia się na coraz cieńsze nitki i wszystko to bierze się z jednego punktu. Myśl rozgałęzia się podobnie, tylko wolniej i bez świadków. Spisana lista pokazuje, do czego autor doszedł, a mapa pokazuje, którędy szedł.
W pracy nad scenariuszem narzędzie przydaje się w jednym konkretnym momencie, kiedy pomysł już jest, a historii jeszcze nie ma. W środku ląduje sytuacja wyjściowa: zamknięcie jedynego zakładu w miasteczku. Z niej wychodzą gałęzie z ludźmi, których to dotyczy, i drugie tyle gałęzi z rzeczami, które przez to przestają działać. Ciekawie robi się dopiero na trzeciej warstwie, bo tam pojawiają się ci, którzy na zamknięciu zyskują.
Drugi sensowny moment przychodzi znacznie później, kiedy szkic stoi i nie wiadomo dlaczego. W środku kartki ląduje wtedy sam kłopot, na przykład to, że nikt nie rozumie decyzji bohaterki w połowie drugiego aktu. Gałęzie wychodzą z powodów, dla których ta decyzja dałaby się zrozumieć, a na trzeciej albo czwartej z nich siedzi zwykle scena, której w scenariuszu nigdy nie było.
Mapę myli się z konspektem, choć jedno służy do czegoś przeciwnego niż drugie. Konspekt porządkuje to, co już wiadomo, i domaga się decyzji. Mapa istnieje po to, żeby decyzji jeszcze nie podejmować, i dlatego wolno na niej dopisać gałąź, o której z góry wiadomo, że do filmu nie trafi. Rysunek, na którym wszystko ładnie się zgadza i układa w plan, jest zwykle przepisaniem tego, co autor miał w głowie, zanim usiadł.
Narzędzie ma swoją chorobę zawodową i jest nią sama obfitość. Gałęzie mnożą się bez oporu, bo dopisanie kolejnej nie wymaga od autora żadnej decyzji, a rysunek przez chwilę wygląda przez to coraz mądrzej. Kartka z dwustoma węzłami nie jest myśleniem, tylko spisem inwentarza. Rysowanie ma sens tak długo, jak długo pojawia się na niej coś, czego wcześniej nie było.
Po dobrej mapie zostają dwie albo trzy linie, których autor przed rysowaniem nie miał. Bywa to powiązanie między postaciami z dwóch odległych gałęzi albo pytanie, które unieważnia połowę kartki. Te linie warto przepisać osobno, zwykłym zdaniem, bo poza rysunkiem przestają być czytelne nawet dla własnego autora po tygodniu. Reszta kartki swoje zrobiła i nie musi już nikomu służyć.
Bez tej fazy pomysł idzie prosto w kolejność scen i historia dostaje kształt pierwszej rzeczy, jaka przyszła komuś do głowy. Nic złego się nie dzieje, dopóki ta pierwsza rzecz była dobra. Mapa jest sposobem sprawdzenia, czy pod nią nie leżały trzy inne, do których nikt nie zdążył dojść.