
Storyboard rozpisuje to, co się w scenie dzieje. Moodboard ustala, jakie ma w niej być światło, kolor i powietrze. Jedno i drugie robi się przed zdjęciami i jedno z drugim bywa mylone, bo oba składają się z obrazków.
Tablica nastrojów to zestaw obrazów zebranych po to, żeby uzgodnić ton opowieści. Trafiają na nią fotografie, kadry z filmów, malarstwo, próbki tkanin, zdjęcia budynków, twarze przypadkowych ludzi z ulicy i palety kolorów wycięte z czegokolwiek. Żaden z tych obrazów nie ilustruje żadnej sceny. Wszystkie razem mówią, w jakim świecie te sceny mają się wydarzyć.
Z dokumentacją tablica nastrojów ma niewiele wspólnego, choć obie składają się ze zdjęć. Research odpowiada na pytanie, jak dana rzecz naprawdę wyglądała, i broni tekstu przed wpadką. Moodboard odpowiada na pytanie, jak ma być odczuwana, i wolno mu przy tym kłamać. Zdjęcie z całkiem innej epoki zostaje na tablicy, jeśli trafia w temperaturę opowieści.
Słowo „mrocznie” znaczy co innego dla każdego, kto je usłyszy: scenografowi podsuwa piwnicę, operatorowi kontrast, kostiumografowi czerń, a kompozytorowi niskie smyczki. Jedno zdjęcie kończy tę rozbieżność w sekundę. W Nocnych markach Edwarda Hoppera nocny bar za wielką szybą, zimne światło i troje gości siedzących blisko siebie i zupełnie osobno robią z samotności w mieście rzecz oczywistą.
Dlatego tablica jedzie potem po całej ekipie. Operator, scenograf, kostiumograf i charakteryzator dostają ten sam zestaw obrazów i dopiero wtedy naprawdę widzą to samo. W teczce projektu ta sama rzecz nazywa się lookbookiem i idzie do producenta razem z tekstem. Ton czyta się z obrazów szybciej niż z opisu, a przy pierwszym spotkaniu to bywa jedyna rzecz, na którą starczy czasu.
Zbieranie jest łatwe, a wycinanie trudne. Tablica zaczyna działać dopiero wtedy, gdy z pięćdziesięciu obrazów zostaje piętnaście trzymających jedną wrażliwość. Każdy kadr dołożony dlatego, że jest po prostu ładny, rozcieńcza pozostałe. Z dobrej tablicy można wyjąć dwa zdjęcia na chybił trafił i nadal będą do siebie pasowały.
Scenarzysta ma z tego pożytek na długo przed ekipą. Tekst pisze się miesiącami, z przerwami na całe inne życie, i po każdej przerwie świat opowieści blednie o kilka tonów. Kilkanaście zdjęć otwartych obok dokumentu przywraca go szybciej niż przeczytanie własnych trzydziestu stron. Przy pracy w pojedynkę to jest właściwa funkcja tablicy, a nie żadne uzgadnianie z kimkolwiek.
Ta sama tablica potrafi napisać scenariusz za autora i wychodzi z tego zwykle coś gorszego. Zebrane obrazy zaczynają domagać się scen, w których będą dobrze wyglądały, i nagle bohater idzie o świcie przez mgłę, bo mgła wisiała na tablicy. Osobna pułapka polega na tym, że tablica zamarza w chwili, w której powstała, i po pół roku opisuje ton tekstu zmienionego od tamtej pory o dwie trzecie.
Bez uzgodnionego tonu każdy dział robi film, który sobie wyobraził, i każdy ma rację, bo scenariusz żadnemu z nich nie przeczy. Kostium z jednego filmu, wnętrze z drugiego, muzyka z trzeciego, a wszystko zgodne z tekstem co do słowa. Takiej roboty nie da się potem wskazać palcem jako błędu. Po prostu w jednym filmie panują cztery różne pogody naraz.